czerwca 18, 2018

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy
Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C

O Viankowym eliksirze wspominałam już wstępnie przy okazji kwietniowych nowości. Wspominałam również, że pomimo dość znikomej znajomości produktów tej marki - nigdy nie przejawiałam niepowstrzymanej ochoty na ich zakup. Nie kwestią jest ich niska cena, bo istnieją produkty tanie a dobre (choć owszem, chyba należą do rzadkości). 

Kwestią może być zwyczajny brak przekonania do marki i wewnętrzne przeczucie, że to marka dość przeciętna z natury. Gdybym jednak miała wybrać jeden produkt z całego Viankowego asortymentu zapewne padłoby właśnie na Eliksir z witaminą C. Eliksir w samym swoim wydźwięku chwyta za uszy, a witamina C.. czasem działa ;D 

Mój Vianek jest dostany (za co sympatycznie dziękuję) jednakże nie mogę sobie odpuścić maruderstwa :D

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C opinie

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C


Eliksir pod względem wydajności i aplikacji przywołuje na myśl oleje - wystarczą ze dwie krople, by pokryć całą skórę twarzy. W tym miejscu muszę się z Viankowym producentem zgodzić. 

Po chwili jednak skóra zaczyna się ściągać i lepić, co podczas pierwszych aplikacji przywołuje skojarzenia z klejem. I nie wiadomo czy skóra oddycha czy już się udusiła. Ściągnięcie powoduje chęć sięgnięcia po krem jednak po chwili powraca już świadomość co to mimika. Zbyt ciężki krem nie będzie pasował do eliksiru, prędzej coś lekkiego. Trzecia opcja to przetrwać początkowy dyskomfort nie dokładając niczego dodatkowo, by po chwili skóra wchłonęła klejową warstewkę. 

Jakkolwiek to nie brzmi z czasem jednak można przywyknąć do tej dość nietypowej konsystencji, a nawet nieco się z nią polubić. Zapach, mimo tego, że z naturalnym nic wspólnego nie ma, też jest całkiem przyjemny - słodki, trochę jak guma balonowa albo ylang ylang z czymś syntetycznym.

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C skład inci blog

Działanie, skład


Jeśli chodzi o działanie.. liczyłam przede wszytkim na efekt rozświetlenia skóry i eliminację ewentualnych zaczerwienień. Na dłuższą metę niestety nie zauważyłam żadnego wpływu eliksiru na stan cery. A bardzo się skupiałam. 

Stężenie witaminy C jest takie samo jak w moim ukochanym kremie Mayki. Jednak w tym przypadku mamy do dyspozycji MAP (Magnesium Ascorbyl Phosphate), a nie SAP (Sodium Ascorbyl Phosphate). W związku z czym śmiem po raz kolejny stwierdzić, że SAP jest zdecydowanie lepszym wyborem pod względem efektywności. Albo, że Mayka po prostu jest znacznie lepiej dopieszczonym produktem. Całkiem prawdopodobnie - obie kwestie. 

Do ogólnego składu Vianka jednak przyczepić się nie mogę - w teorii jest całkiem sensowy, bo i nawilżacze posiada (kwas hialuronowy i glicerynę), i substancję łagodząco-regenerującą w postaci pantenolu, nawet i trzy ekstrakty: z miłorzębu, lukrecji i koniczyny. 


Zbierając myśli w kupę: powyższy Vianek zapewne i zasługuje na miano eliksiru, ale wyłącznie przez wzgląd na swoją nieporównywalną do niczego formułę (choć jakby go nazwano klej to pewnie też by mnie ciekawił). Nie poleciłabym go do walki z zaczerwieniami i  przebarwieniami, ale jeśli potrzebujecie czegoś stosunkowo taniego, niekonwencjonalnego w swojej formule, celem prewencji zmarszczkowej, to czemu nie ;) A nuż komuś z Was przypadnie do gustu (w zasadzie jest spora szansa, bo chyba tylko ja urodziłam się Sylvecową marudą). 

A btw dziś wchodzą do sklepów trzy nowe marki z szyldu Sylveco, wiecie? Ciekawi? Bo ja wbrew temu wszystkiemu co dziś tutaj skrzętnie naprodukowałam z zainteresowaniem będę obserwować jak się przyjmą :D Ostatecznie, wziąwszy pod uwagę rosnące zainteresowanie naturalną pielęgnacją, lepiej taką markę mieć na rynku niż jej nie mieć. Choć jej marketing ma swoje świetne i tragiczne strony.

czerwca 04, 2018

Andalou, czekoladowa maseczka Avo Cocoa

Andalou, czekoladowa maseczka Avo Cocoa
Do zakupu maseczki Avo Cocoa Andalou zmusiła mnie Anula. Tak. Gadka szmatka, hasło czekoladowa maseczka, spojrzenie na recenzję i pozamiatane. Jeśli obecnie zakup tej maseczki w Waszym przypadku nie wchodzi w grę to -uczciwie ostrzegam- nawet nie czytajcie. Ani mojej recenzji, ani Anuli. 

Andalou, Avo Cocoa - Age Defying recenzja blog

Andalou, Avo Cocoa - Age Defying


Zacznijmy od tego, że nakładanie maseczki to czysta, dziecięca radość. Bo które dzieco nie lubi bezkarnie upaprać się czekoladą po uszy? (co prawda zarówno ja jak i moja przyjaciółka preferowałyśmy markery jeśli chodzi o malowanie twarzy, ale normalniejsze dzieci pododobno przejawiają nieco łatwiej usuwalne umiejętności artystyczne). Maseczka Andalou to ewidentnie produkt, który uwzględnia wewnętrzne dziecko w dorosłej kobiecie.

Z taką czekoladą na twarzy można sobie siedzieć ile dusza zapragnie i zapewniam, że jest to najczystsza przyjemność. Nic nie zasycha, nie szczypie, po prostu pachnie, odpręża i pielęgnuje skórę. Producent zdaje się być w pełni świadomym, że nikt takiej maseczki po 10 minutach zmyć chciał nie będzie i zadbał o to, by nawet przy długotrwałym użytkowaniu nie pojawiały się żadne najmniejsze skutki uboczne.

Maseczkę stosuję przede wszystkim w momentach, gdy skóra potrzebuje porządnej dawki regeneracji, kiedy mam ogromną ochotę się zrelaksować albo gdy chcę pozbyć się wszelkich suchych skórek i miejscowych przesuszeń na rzecz wygładzonej i jednolitej cery. Sprawdza się pięknie na przykład w momentach, gdy jakieś zmiany alergiczne tudzież ranki za nic nie chcą się zagoić i zniknąć - czasem wręcz mam wrażenie, że skóra traktuję maseczkę jako impuls, że należy wreszcie podjąć jakąś próbę samonaprawy. 

Andalou, Avo Cocoa - Age Defying skład INCI recenzja

Skład (Inci)


Dwa pierwsze składniki maseczki to sok z aloesu i czyste kakao (a wersja z kwasem glikolowym już w ogóle jest mega, bo ma na przodzie dyniowe puree!). 

Funkcję odżywiającą skórę pełnią tu masła (shea i kakaowe) i oleje (słonecznikowy, z awokado i jojoba). Tradycyjnie są też komórki macierzyste roślin i ekstrakty: z trzciny cukrowej, kawy i białej herbaty. A jako, że maseczka skierowana jest dla skóry dojrzałej w składzie znajdziecie też koenzym Q10 w połączeniu z witaminą E, z którą działa w pięknej symbiozie.

Podsumowując: bardzo polecam! Zarówno pod względem maksymalnej przyjemności z użytkowania jak i w kwestii działania. Andalou robi robotę. Po raz kolejny :)

Znacie markę? Mieliście coś?
Czy dopiero nabraliście ochoty na jej sprawdzenie i zaczniecie od czekoladki? ;)

maja 31, 2018

Majowe nowości!

Majowe nowości!
Moja samoorganizacja leży na pysku i kwili. Co po blogu dość wyraźnie niestety widać. Oficjalnie zwalam na upały i nie przyjmuję do wiadomości, że problem może leżeć po mojej stronie.. :D A przecież mam w zanadrzu kilka fajnych produktów do recenzji! W maju nawet jeszcze trochę ich przybyło! 

Postaram się (nie obiecuję, coby się zanadto zobowiązująco nie deklarować :D) zabrać wkrótce za najciekawsze posty, ale najpierw rzecz najmilsza z całego miesiąca: zakupy, nowości i.. prezenty! ❤



Bo wiecie, że maj to najlepszy miesiąc w roku? Wtedy mam urodziny! :D Co prawda zaczął się dość nieprzyjemnie i stresująco, ale za to prezenty i życzenia wynagrodziły mi wszelkie małe, prywatne nieszczęśliwości.

Moje tegoroczne urodziny były zupełnie zdumiewające. Dostałam kilka paczuch-niespodziajek od dziewczyn, których teoretycznie nie znam, nigdy na oczy nie widziałam na żywo, a jednak czuję jakbym co najmniej od roku znała całkiem nieźle. Życzenia, które przyszły w paczkach były tak trafione jakby składał je ktoś kto zna mnie od podszewki, a prezenty skomponowane idealnie w moje potrzeby i upodobania. Jak się nad tym zastanawiam to dochodzę do wniosku, że to jednak jest niesamowite! :D 

Tym samym dziękuję Wam dziewczyny pięknie raz jeszcze! ❤ I już bez ckliwego uzewnętrzniania się pokazuję co pięknego w tym miesiącu trafiło w moje łapy :D



Po pierwsze: urodzinowy kubełek różnorodności od przyjaciółki. Praktycznie rzecz biorąc zadbała o to, by nie zabrakło mi niczego do żadnej części ciała :D 

A przede wszystkim dorwała upragnioną przeze mnie już długo herbatę genmaicha! I to nie taką chińską z pękniętym popcornem. Japońską, nieudawaną zieloną herbatę z prażonym ryżem, jedyną herbatę, którą jestem w stanie pić bez słodzenia (taka jest pyszna :D)! ❤

Jest też wychwalany przeze mnie ostatnio Benecos (zobaczymy czy kolorówka sprawdzi się równie dobrze jak dotychczasowe produkty pielęgnacyjne), spray aloesowy ze składem minimalistycznie pięknym (!) ii kilka innych dobroci, do których już zaczynam się dobierać!



Aneczka wysłała mi paczuchę jeszcze długo przed urodzinami, dzięki czemu mogłam rozpocząć świętowanie znacznie wcześniej! :D 

Zadziwiła mnie zupełnie 1,4-kilogramowym (!), kokoskowym peelingiem do ciała The Secret Soap Store. Choć wziąwszy pod uwagę Aneczkowe zamiłowanie do scrubów rodzaju wszelakiego teoretycznie aż tak zdziwiona być nie powinnam :D Powinien wystarczyć mi na jakieś 2 lata i świetnie się składa bo pachnie bosko i sprawdza się bardzo godnie!

Truskawkowe masełko Biolove pachnie z kolei dokłatnie tak jak jeden z moich ulubieńców od Nature Queen! Nie sądziłam, że jeszcze gdzieś znajdę ten zapach! Mam też jeden z bardzo lubianych olejów - brzoskwiniowy od Bydgoskiej Wytwórni Mydła i wielofunkcyjne masło shea od Sape :)



Anula, słynąca już w blogosferze z przepysznych przetworów owocowych obdarowała mnie przede wszystkim jednym ze swoich kulinarnych cudów - dżemorem z rabarbaru! Ale nie będę Wam robić smaka bo i tak nigdzie takiego nie znajdziecie :D Poodbnie jest z pozostałymi dwoma smakołykami, które zniknęły jeszcze tego samego dnia. Przepyszności!

A i suszów roślinnych i kwiatowych nigdy u mnie za wiele więc zawsze cieszą. Używam ich i do picia, do pielęgnacji i do kosmetyków. A kocanki to nawet w ogóle jeszcze nie miałam! 

Ach no i jeszcze szmatka Nacomi! Tak się składa, że ostatnio zastanawiałam się nad różnicą między bambusową, a muślinową, którą obecnie straszliwie lubię. No to będę miała okazję, żeby je sobie porównać :D



Monia sprezentowała mi najpiękniejszą drewnianą misę jaka była dostępna u Justyny Pielech. Ileż ja czasu czaiłam się na tego typu wyroby z ciemnego drewna! 

Wydaje mi się, że nie obnosiłam się z tymi swoimi pragnieniami jakoś nadmiernie.. a jednak Monia wiedziała! I na dodatek wybrała najlepiej! ❤ No piękna jest! Powiedzcie, że nie!



Gosia też zaskoczyła mnie totalnie! Do ostatniego momentu uparcie twierdziła, że nie wie co się dzieje i co to za paczka do mnie idzie. Naprawdę niezłe historie po drodze wymyślała.. :D

Na insta pokazywałam już jak piękny pakunek mi trafił do domu - każda rzecz osobno zapakowana w przeuroczy papier ozdobny. Piękna sprawa, a ile radości przy rozpakowywaniu! Dostała mi się czekoladowa Chic Chiq - jedyna, której jeszcze nie miałam i to jeszcze w pełnym wymiarze ❤ Aż już zaczęłam maseczkowanie.

Z kolei glinki bardzo chętnie wykorzystam do własnych kombinacji kosmetycznych. Podobnie jak suszów - glinek nigdy za wiele!


Paczucha od Agi to boska selekcja polskich marek i jeszcze bardziej boska kartka z życzeniami. W zasadzie pisząc ten post zajadam się widocznym powyżej karmelowym masłem fistaszkowym choć większą część życia byłam przekonana, że ja to nie bardzo lubię orzechy w takiej postaci. Aż tu nagle okazuje się, że nawet jakieś szczególne pomysły kulinarne nie były mi do niego potrzebne. Tylko łyżka :D

Mam też Ambrozję Miodowej Mydlarni! Pomijam już fakt, że bardzo lubię masełkowe konsystencje.. najpiękniejszy w tym wszystkim i niepowtarzalny.. jest zapach! Ta słodkość kompletnie uzależnia.

Do maseczki Mydłostacji też już zdążyłam się dorwać. Ale nie będę się tu rozgadywać na recenzję zostawię wszelkie wrażenia. Powiem tylko, że fajna bardzo :D
A krem Szmaragdowych Żuków to już zupełnie mistrzostwo. Od przeciekawego zapachu począwszy na świetnym działaniu skończywszy!


Aaa to już sama sobie sprawiłam :D Jak jeszcze nie wiecie to powiem Wam, że Pony Hutcheny są obecnie dostępne w Biorganic! ❤ Co oznacza, że wrocławianie mają opcję dorwać je stacjonarnie! Można też pójść Perfect Matchę powąchać ;D

I ja od tego największego klasyka właśnie zaczęłam swoją przygodę. Nie miałam zresztą nadmiernie wyboru, bo zachwalany wszem i wobec! 


A jak już mowa o Biorganic to tradycyjnie przemycam dodatkowo kilka pyszności, tym razem z innego działu niż kosmetyczny. Tulsi z różą jest herbatą absolutnie genialną, delikatną i przesmaczną. Ko-nie-cznie spróbujcie!

Podobnie jest z czekoladami Pacari. Nie jestem fanką ciemnej czekolady, ale wersję z marakują wszamałam bez opamiętania, mimo że wcale dla siebie do domu nie przyniosłam.. wersja z kawą skończyła podobnie. Podzieliłam się.. resztkami.

A owocki lifilizowane to dla mnie nowość. Kwaśnawe z natury, ale kompletnie uzależniające. Jak się już otworzy paczuszkę to się na sucho zjada całość. Mimo że można np. do owsianki dodać, do herbaty czy czegoś tam jeśli się ma zapędy kulinarne.


Couleur Caramel.. tak, powtórka z rozrywki, ale tym razem nie dla mnie, a dla mamy. Skoro już znalazłam tusz idealny to zdecydowanie będę polecać i kupować przy każdej możliwej okazji. No chyba, że Agnieszka jakiś jeszcze lepszy wynajdzie. Ale to nie będzie rzecz łatwa.


Na koniec smaczki z polecenia Agnieszki - smakowe kawy Coffe Rebels, które pomału zaczynają chyba zdobywać internety i ciekawostka w postaci zielonej herbaty Harmony z owocami. Wszystko pyszne więc do poleceń ogólnych jak najbardziej się przyłączam. Warto spróbować.

No i wsio. Mi się aż mordka cieszy. Wciąż. I to nie tylko dlatego, że właśnie wydziubałam pół wspomnianego słoika fistaszka. Piękne rzeczy mnie spotkały w tym miesiącu. Jednak pozostanie moim ulubionym!

Dajcie znać co Wam najbardziej przypadło do gustu! A może coś mieliście już we własnych łapkach? ;)

maja 16, 2018

Obecna pielęgnacja twarzy

Obecna pielęgnacja twarzy

Ostatni post tego typu pojawił się w lutym. Przez ten czas miały miejsce pewne podmianki, a i potrzeby skóry nieco się zmieniły zważywszy na stosunkowo nagłe lato.

Wiem też, że kilka produktów z nowości Was interesuje, a coś mi ostatnio z recenzjami bardzo pod górę.. ;)


Oczyszczanie twarzy


Żel Avalon z witaminą C pokochałam od pierwszego użycia - działa łagodnie, ale skutecznie i każdorazowo umila oczyszczanie twarzy cytrusowo - witaminowym zapachem. Niby nic, a jednak poranki jakieś takie żwawsze się wydają ;) 

Zbalansowany skład, dodatkowo bogaty w ekstrakty, usuwa wszelkie zanieczyszczenia bez efektu nadmiernego ściągnięcia twarzy i jakiegokolwiek dyskomfortu. Brzmi pewnie trochę jak z reklamy, ale naprawdę nie wiem czego więcej mogłabym wymagać od żelu do twarzy. No może tylko tego, żeby nie psikał po ścianach i twarzach tak wprost. Z tym miewa kłopoty.

Żel Acure rozjaśniający, jak słusznie zauważyła ostatnio Gosia (Krytyk Kosmetyczny), w działaniu jest w zasadzie bardzo podobny do Avalonowego jednak zapachem nie dorasta mu do pięt. Czuję w nim drzewo herbaciane, co jest szczególnie irytujące bo nie widzę go w składzie (?!). 


Chusteczki Benecos to obecnie chyba najlepszy wybór z łatwo dostępnych produktów tego typu. Nie są tak tępe jak Alterra, a w porównaniu z opcjami typowo drogeryjnymi składowo wypadają o niebo lepiej.

Na początku są odrobinę za mocno nasączone, przez co jak coś wpływa do oka to raczej nie należy do przyjemnych, ale z czasem robią się całkiem w porządku. Nie zwalają z nóg, ale w tej cenie, z tym składem i z tą dość łatwą dostępnością są jak najbardziej godne polecenia.

Chęć posiadania szmatki muślinowej The Body Shop zasiała we mnie Agnieszka. Używam jej co prawda jak sobie przypomnę czyli najczęściej co kilka dni, ale cenię sobie ten koncept i uważam go za całkiem sensowny.

Szmatka jest jak najbardziej pomocna przy codziennym oczyszczaniu, ale jednocześnie wyraźnie wpływa na wygładzenie skóry twarzy. Może to zabrzmieć dziwnie, ale samo jej użytkowanie jest straszliwie satysfakcjonujące!


Tonizacja 


Do tonizacji służy mi obecnie Avalon z koenzymem Q10. Jest nieco specyficzny.. choćby dlatego, że się pieni. I pozostawia delikatnie lepką powłoczkę. Jednak ku własnemu zdziwieniu do piany szybko się przyzwyczaiłam, a i takie poczucie lepkości nigdy nie stanowiło większego problemu (do pewnych granic rozsądku).

Więc zdecydowanie da się go lubić, szczególnie wziąwszy pod uwagę fajny skład. Ja lubię. I polecam jeśli przemawia do Was zapach pod tytułem cytrusowa lawenda ;)


Serum & Hydrokuracja 


Orientanie powinnam wkrótce poświęcić osobny post. Wspominałam już o swoim wrażeniu, że produkty tej marki są jakby każdy z innej beczki? Zwykle w przypadku danej marki można znaleźć pewne spójne cechy. Choćby zapachy. Ale nie tutaj. Na przykład krem pod oczy pachnie delikatnie, białymi kwiatami, pianka do mycia twarzy - męską kompozycją z paczuli, peeling do twarzy - kremowo z nutami owocowymi.. a Hydrokuracja z Szafranem - mocnym kadzidłem. 

Da się jednak przywyknąć. Hydrokuracja ma formę pomarańczowego żelu, który początkowo pozostawia lepką warstwę, ale po pewnym czasie wchłania się zupełnie i pozostawia skórę przyjemnie odżywioną. Kremu praktycznie nie trzeba tu aplikować, ale niweluje przejściowe poczucie lepkości.

Serum Vianka z witaminą C jest znacznie bardziej lepkie i tu bez kremu aplikowanego na wierzch może być już ciężej. Przy pierwszych użyciach miałam wrażenie, że nakładam na twarz klej, który potem ściąga mi twarz. Mocniej odżywczy krem (czyt jeden z poniższych) załatwia ten problem i serum wchłania się bez zarzutów.

Przyznam, że nie spodziewałam się po nim cudów, a jednak całkiem go polubiłam! Wciąż jeszcze jest za wcześnie, by mówić o konkretnych efektach, ale codzienne użytkowanie szybko stało się bardzo przyjemne i całkiem możliwym jest, że serum zostanie oficjalnie uznane za godne polecenia ;D



Kremy do twarzy


Kremy nie są moim stałym elementem pielęgnacji, a jednak tymi dwoma zdecydowanie polecam się zainteresować.

Krem Collagen Boost Mayka miał już swoją recenzję więc więcej ochów, achów i szczegółów możecie przeczytać pod linkiem. Straszliwie go lubię i wcale nie przesadzę mówiąc, że to najlepszy krem jaki w życiu miałam. Konsystencja jest dla mnie idealna - nie za lekka, ale i nie na tyle ciężka, by skóra dusiła się pod warstwą kremu, działanie - podobnie, skóra jest gładka, odżywiona, ukojona, a wszelkie przebarwienia czy zaczerwienienia zdają się znikać odrobinę szybciej. Nawet zapach w dalszym ciągu podziwiam i uwielbiam!

Krem Dr Organic kokosowy zawdzięczam Gosi. Bardzo się cieszę, że trafił w moje ręce, bo również zdaje się wpisywać w większość moich twarzowych potrzeb. Jest naprawdę mocno odżywczy. Nawet dla mnie (a przecież zwykle marudzę, że mi za mało treściwości w kremach!). Tak więc ten konkretny krem stosuję wyłącznie na noc. Pierwszy raz w życiu zgodnie z zaleceniem producenta :D 

Zapach oczywiście skierowany jest do fanów aromatów kokosowych, z kolei działanie - do wszystkich, którzy mają kłopoty z miejscowymi przesuszeniami, ogólnie suchą skórą lub tych, którzy po prostu chcą zafundować skórze porządną dawkę odżywienia. Ze wszystkimi powyższymi kwestiami radzi sobie godnie!



Andalou, Avo Cocoa 


Małe mistrzostwo świata polecane przez Anulę - maseczka Avo Cocoa Andalou, która wygląda i pachnie jak czekolada! No przecież to jest pomysł genialny - odżywienie dla skóry, a dla zmysłów relaks i przyjemność. 

Jeśli chodzi o działanie to szczególnie zauważalne i najprzyjemniejsze jest poczucie wygładzenia skóry twarzy. Zgodnie z obietnicą producenta cera jest miękka, a nawet wydaje się dość dobrze oczyszczona, choć wcale nie w tym celu została stworzona. Nie zauważam, co prawda, obiecanego efektu dogłębnego odżywienia i blasku, ale muszę przyznać, że w momentach, gdy moja cera ma się gorzej, a wszelkie niedoskonałości zaczynają być irytujące - maseczka ratuje sytuację i poprawia stan skóry. A ten efekt znacznie bardziej sobie cenię. 


Tymczasem opowiadajcie - jak u Was obecnie wygląda pielęgnacja skóry? 
Jakieś zmiany? Nowości? Hity, które koniecznie trzeba sprawdzić? :)

maja 13, 2018

Kule musujące o zapachu bzu

Kule musujące o zapachu bzu

No i wpadłam w to robienie kul. Albo w sumie mnie wpadnięto, bo okazuje się, że wszyscy sobie takowe życzą.. :D 

Przy okazji wyszło na jaw, że jednak jestem w stanie zdradzić ukochane olejki eteryczne na rzecz kompozycji zapachowej. No ale powiedzcie czy propozycja zamknięcia czystego zapachu bzu w kulach kąpielowych nie brzmi straszliwie kusząco?

Zapach bzu, który dorwałam w przypływie entuzjazmu na Ecoflores do złudzenia przypomina takie świeże, stojące w wazonie gałązki. 


Więc jeśli jeszcze nie pokusiło Was na kule grejpfrutowe, rumiankowo-bazyliowe czy kakaowe to może właśnie wersja o zapachu bzu zachęci Was do własnoręcznego tworzenia tego typu umilaczy? :)

Proporcje są banalnie proste:

do tego olejek zapachowy, wybrany olej i woda do spryskiwania. Szczegóły tutaj.

Gorąco polecam! 
..Nawet mieszkanie nabrało zapachu bzu :)

maja 04, 2018

Nowości kwietnia

Nowości kwietnia

Po denku czas na nowości! 

Zwykle wydaje się ich mało, aż się ich nie zbierze w kupę. Wtedy tak nawet bardziej cieszą oczy.

Iherb i Biorganic chyba już zostaną moimi życiowymi dostawcami kosmetyków. Ale wziąwszy pod uwagę bogaty asortyment - mimo wszystko nie powinnam Was zanudzić swoimi wyborami. Na wszelki wypadek są też ciekawostki z innych sklepów.

Kufererk Natury - Orientana, Couleur Caramel Backstage tusz

Kuferek Natury


Jako że tusz So Bio oficjalnie zakończył swój marny żywot, nadeszła pora na kolejny produkt polecany przez tuszowego specjalistę - Agnieszkę (Ekodystryk). Fascynację opakowaniami Couleur Caramel przeżywałam już w momencie gdy trafiła do mnie paletka do brwii, ale kto mógłby mi zabronić przeżywania tej radości raz jeszcze? Tekturowe, pięknie zdobione, naturalne.. straszliwie cieszą oczy.

Pierwsze próby używania tuszu były ciężkawe. Jakoś bardziej opornie korzysta mi się ze szczoteczek w takim kształcie i takiego gatunku. Ponadto początkowo tusz był bardziej wodnisty (to chyba jest pewnego rodzaju standardem, no chyba że mówimy o So Bio). Ale z czasem chyba już się trochę obyłam, idzie coraz lepiej, a efekt jest rzeczywiście boski!

Do kompletu zgarnęłam Hydrokurację z szafranem Orientany w ramach dalszego poznawania marki. I choć miałam już styczność z siedmioma produktami to i tak nie mam jakiegoś kształtego obrazu tego producenta. Każdy produkt wydaje mi się diametralnie inny. A zapachy to już w ogóle kosmos.

Iherb zakupy z darmową dostawą pocztą polską

Iherb


Prawdę mówiąc to jeszcze marcowe zamówienie. Ale tradycyjnie z opcją dostawy pod tytułem: za darmo, tj przyjdzie abo nie przyjdze, a jak przyjdzie to po miesiącu i i tak Pani będziesz musiała ruszyć tyłek na pocztę.

Jakież było moje zdziwienie jak okazało się, że tym razem paczka czeka na mnie.. u sąsiada. Tak czy inaczej, wbrew pozorom, bardzo polecam ten wybór jeśli myślicie o Iherbowych zakupach. Uzasadnienie nieco poniżej.

Co do samych zakupów: czekoladowa maseczka polecana przez Anulę jest absolutnie super. Coś dobrego dla skóry, a dla mnie sama przyjemność z użytkowania. Każdorazowo powstrzymuję się przed jej zjedzeniem więc na ten moment zapewniam wyłącznie, że pachnie i wygląda jak czekolada ;)

Dezodorant Zion jest dla mojego meżczyzny, ale gwoli testów dorwałam się do niego pierwsza. Nie bardzo potrafiłam się powstrzymać, bo zapach jest genialny. Działa aż nadto dobrze, a zapach utrzymuje się.. nawet po prysznicu. Więc z czasem potrafi zamęczyć na śmierć. Takie moje zdanie. Ale z drugiej strony - uwaga - narzekań brak (!).

Herbatka to taka dziwna wersja Yogi Tea. Nawet w smaku nie przypomina typowych Yogi. Jest słodka, bez żadnej charakterystycznej nutki pikantnej. Wciąż nie wiem czy to podróbka czy takie wersje panują w Stanach, ale nie byłam w stanie oprzeć się połączeniu wanilii i orzecha laskowego. 

Kontigo - kremy do rąk Biolove

Kontigo


Tu chyba nie ma co zanadto się rozwodzić. Promocje Kontigo każdy zna, większość z Was pewnie również korzystała. Z powodzeniem lub bez, bo z Kontigo to nigdy nie wiadomo. 

Kremy Biolove mają jednak, moim zdaniem, zupełnie optymalne - wystarczająco odżywcze dla moich dłoni, o pięknych zapachach i śmiesznie niskiej cenie. Takie zakupowe powtórki mogą się więc tu jeszcze pojawić ;)

A kto nie próbował to polecam sprawdzić.

Biorganic24 - Lavera, Mohani

Biorganic


Czyli ratunek w sytuacjach, gdy coś się skończy, a ja nie ogarniam. Dzięki temu miejscu zapomniałam co to Rossman. Nie żebym była jakąś wierną fanką, ale po Alterrę czasem zaszłam przy okazji. 

Biorganic jest po stokroć fajniejsze, bo zamiast szukać jednej biednej marki w przepastnej drogerii - przebieram w kilku, najciekawszych na ten moment opcjach. I fajne próbki podkradam też. Póki mnie nikt po łapach nie bije :D

Iherb suplementy zamówienie kurierem

Iherb - suple


No i właśnie - powyższe zamówienie to już zakupy kwietniowe z opcją dostawy kurierem. Iherb z supli słynie, ale ja zawsze byłam zbyt łasa na kosmetyki, by zainteresować się jakimikolwiek wzmiankami na ten temat.

Jednym z powodów, dla których tym razem postawiłam na kuriera był fakt, że w zasadzie nie bardzo chciałam, żeby te rzeczy miesiąc tułały się po dziwnych miejscach. To jednak wszystko żywnościowe jest. No i zapłaciłam za tę przyjemność. 30zł przed i 25zł po. Tak gdyby kogoś kiedyś jednak podkusiło - kurierzy żywcem zdzierają za przesyłki z Iherb.

Ale tak z milszych rzeczy to Spirulinowy shake bardzo polecam. Przynajmniej mi bardzo smakuje. W sumie nikomu innemu chyba nie.. ale to dlatego, że oni czystej spiruliny nigdy nawet nie wąchali. W tym wykonaniu jest naprawdę smaczna.

Dr Oganic Organic Coconut krem na noc

Paczuszka od Gosi (Krytyk Kosmetyczny)


A teraz czas na rzeczy najprzyjemniejsze z najprzyjemniejszych, bo dostane od dwóch fajnych kobitek :D 

Jakiś czas temu Gosia (Krytyk Kosmetyczny) organizowała na swoim instagramie konkurs, w którym do zgarnięcia były trzy różne kremiki Dr Organic. Agnieszka - która jak się zaweźmie to wszystko wygra -  pogardziła Kokoskiem i.. dzięki werdyktowi Gosi trafił w moje ręce. 

I nawet gdybym miała wybór (:D) to okazuje się, że lepiej wybrać bym nie mogła, bo wersja kokosowa jest bardzo odżywcza (tak, nawet dla mnie bardzo) i bosko pachnie. Oczywiście i tak starym zwyczajem używam go również na dzień i jestem na ten moment bardzo zadowolona. Jak wyjdę z fascynacji zapachem to i recenzja na pewno się pojawi. Tak żeby było nieco bardziej obiektywnie.


Gwoli wypełniaczy Gosia dorzuciła kilka próbek :D 

Do serum Orientany z Neem i Tulsi dorwałam się od razu więc już nawet jest w denku. Pozostałe ciekawostki również w większości poszły w ruch. W zasadzie przekrój tych produktów jest tak bogaty, że mogłabym na jakiś czas odstawić wszystkie własne kosmetyki.

Na ten moment powiem tylko, że świetny jest na przykład krem do stóp Zielonego Laboratorium (w życiu nie wpadłabym na to, żeby się nim zainteresować), mam też kolejną rzecz z lubianej już przeze mnie serii z witaminą C od Avalon - krem pod oczy, ciekawostkę w postaci toniku z kwasem migdałowym, peeling do ust od Naturativ ii.. kilka innych cudeniek.

Gosiu! Pięknie dziękować raz jeszcze ❤

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir z witaminą C

Vianek 


A ze wszelkimi Viankami, Sylvecami i Biolavenami jestem na bakier. W zasadzie nie jestem nawet pewna dlaczego. Całkiem możliwe, że to wyłącznie przez głupawe podejście z cyklu na opak. Być może jest tego wszędzie za dużo, wszyscy używają więc ja nie będę. No głupie myślenie, ale co poradzisz skoro głęboko się zakotwiczyło.

Poza tym wszystkie te produkty wydają mi się po prostu przeciętne (to już na podstawie próbek, a nie wyimaginowanych niechęci), a jak mi się już raz coś spodobało - czyt pomadka peelingująca pachnąca migdałami -  to mi to pozmieniali.

Jednak gdybym miała wybrać jedną rzecz z całego asortymentu tych marek.. w zasadzie całkiem prawdopodobnym jest, że postawiłabym właśnie na coś co nazywa się Eliksir. Choćby dla sprawdzenia samej formuły. A że witaminę C zawsze chętnie witam w swojej pielęgnacji (no chyba że jest to serum z 23% stężeniem The Ordinary) - ten produkt Vianka jest prawdopodobnie najlepszym wyborem z możliwych. Dorwałam się oczywiście bez zbędnego namysłu. Szczegóły wkrótce ;)


To teraz opowiadajcie - coś znacie, lubicie?

maja 01, 2018

Kwietniowe denko!

Kwietniowe denko!

W tym miesiącu denko miało być tak małe, że zastanawiałam się czy nie pominąć tej kwestii milczeniem. Z czasem jednak dziwnym trafem nieco się rozrosło. I oto jest. 

Comiesięczny rachunek sumienia, który - mam wrażenie - chyba nawet lubicie ;)


Lilla Mai, Krem z filtrem UV


Za zużywanie tego małego cudeńka wzięłam się porządnie dopiero dwa miesiące temu. Do tej pory kremik służył mi głównie w momentach rozdrażenia skóry, jako że najlepiej pełnił u mnie właśnie funkcję łagodzącą. Takie produkty chomikuję najchętniej. Żeby w najgorszych momentach mieć pewność, że mam w zanadrzu coś, co poratuje.

Jednak kwietniowa data ważności zmusiła mnie do znalezienia również innych funkcji dla kremu. Okazuje się, że dość dobrze sprawuje się na przykład jako produkt do demakijażu ;)

Nieczęsto mam okazję sprawdzić jak kosmetyk zachowuje się przy końcu swojego terminu ważności, ale w tym przypadku nie mam żadnych zarzutów - do końca sprawdzał się godnie. W przeciwieństwie na przykład do różanego Make Me Bio, który do końca określonej daty nie wytrzymał.


Lush, tonik Breath of Fresh Air


Ostatni rodzynek z zeszłorocznego wypadu do Lusha w Pradze. Również zachomikowany i używany z wielką oszczędnością. Latem sprawdzał się cudownie do odświeżania cery w ciągu dnia - piękny zapach z nutami paczuli i rozmarynu dodatkowo umilał każdorazowe używanie. Wspominałam o tym zresztą w recenzji dłuuższy czas temu.

W okresie jesiennym/ zimowym używałam go już tylko w sytuacjach gdy skóra twarzy lub głowy potrzebowała ukojenia. Tak - świetnie sprawdzał się również jako tonik do włosów choć w tym przypadku oczywiście wydajność spada. 

Bardzo polecam dorwać, choć nie jest to łatwe. Sama bardzo chętnie kupię go ponownie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Bo to nie jest zwykły tonik aloesowy. To cudo dodatkowo przepięknie pachnie i jest wzbogacone kilkoma ekstraktami, które działają w symbiozie z aloesem wzmacniając jego działanie.


Benecos - żele pod prysznic


Pozwólcie mi się powtórzyć po raz setny: marka Benecos jest cf, większość produktów jest wegańska (o ile nie wszystkie), składy są świetne, a ceny bardzo przystępne. Wydaje mi się bardzo niedoceniana. Nawet w środowiskach związanych z kosmetykami naturalnymi. Bardzo niesłusznie!

Żel z granatem i różą to kolejny produkt, który utwierdza mnie w powyższych przekonaniach. Pomijam już fakt, że pachnie ślicznie i godnie sprawuje swoją podstawową funkcję (tak apropo ostatnich żeli Biolove, które jednak pod tym względem bywają kaprawe).

To co mnie najbardziej urzekło to fakt, że żel jest realnie łagodny dla skóry. Mimo obecności Sodium Coco-Sulfate (który teoretycznie wcale jakiś super-łagodny nie jest) skład wydaje się być perfekcyjnie zbalansowany, bo po pierwsze - nie odczuwam nadmiernej suchości skóry, a po drugie - chyba pierwszy raz w życiu nie mam kłopotów z reakcjami alergicznymi / podrażnieniami (cokolwiek to było) po wyjściu spod prysznica.

Jeśli chodzi o wersję męską: moim zdaniem sprawdza się tak samo dobrze jak Granat i Róża z tą różnicą, że pachnie świeżym rozmarynem. Mój mężczyzna jednak ograniczył się wyłącznie to trzech zdań:
Marika.. to się nie pieni. To chyba nie myje. Kiedy będę mógł wrócić do Nivea?
-.-

Więc można i tak. Ale najlepiej sprawdzić na sobie ;) 


Nanga - Indygo


No i wpadłam znów w hennowanie. O czym pewnie wkrótce w osobnym poście, bo tym razem tworzę własne śmierdzące mieszanki zamiast gotowców.

Indygo oznacza jednocześnie oficjalne pożegnanie z wszelkimi kombinacjami kolorystycznymi wymagającymi rozjaśniania włosów. Ostatecznie jednak stwierdziłam, że i tak zawsze wracam do ciemnego brązu więc może warto zainwestować ten czas i pieniądze w jednoczesne budowanie upragnionej od lat objętości włosów. 

Tym samym wszystkich zainteresowanych odsyłam na bloga Miksologia, gdzie znajdziecie ratujące życie porady i wskazówki jak w ogóle zacząć bawić się w te tematy. 


So Bio, Tusz do rzęs


Co tu dużo mówić - miał już swoją recenzję, moje odczucia pozostają takie same. Mimo świetnego efektu jaki dawał na początku użytkowania nie mogę być zadowolona z osypującej się konsystencji, która pod koniec stała się kwestią nie do przejścia. 

So Bio jest w stanie godnie zastąpić tusze drogeryjne jednak fakt, że trzeba trafić na dobrą partię, by móc bez nerwów korzystać z jego potencjału.. jest odrobinę irytujący.

Całkiem możliwe, że kiedyś zrobię kolejne podejście jednak na ten moment będę raczej stawiać na bardziej pewne opcje.


Lavera, mydło z oczarem i nagietkiem


O ile krem do rąk z tej serii zawiódł mnie straszliwie pogarszając stan dłoni, tak mydło i pasta do zębów Basis są jak najbardziej godne polecenia. 

Nie powiem niestety, że Laverowe mydło magicznie zmiejsza poczucie suchości dłoni po umyciu. Nie trafiłam jeszcze na takowe (albo jestem psychicznie uzależniona od kremów do rąk i nic tego nie zmieni). Ale mimo alkoholu nie przesusza tragicznie, nie podrażnia ani nie pogarsza stanu dłoni, nawet gdy znajdują się w kiepskiej sytuacji życiowej.

Po prostu je lubię. I nawet kupiłam już kolejne. Jest dobrej jakości, przyjemnie i naturalnie pachnie, a i cena jest w porządku. Nic więcej mi nie trzeba.


Próbeczki: Orientana & Alkemie


Na peeling z papają i żeń-szeniem czaiłam się już długo. Pierwszy raz czytałam o nim u Magdy i wywarł na mnie wtedy dość dobre wrażenie. Zgadzam się odnośnie przyjemnego zapachu - kremowego z nutką owoców, aplikacja też jest całkiem przyjemna. 

Jednak w przypadku peelingu do twarzy mam chyba nieco inne wymagania. Albo zielony Acure za bardzo mnie rozbestwił. Orientana jest zbyt delikatna, a kremowa konsystencja sprawia, że raczej nie mam emocjonalnej satysfakcji z oczyszczenia skóry twarzy. Coś tam wygładza, coś tam nawilża, ale bez efektu wow, który sprawiłby, że chciałabym pełny słoiczek. 


Próbeczkę serum z Neem i Tulsi dostałam od Gosi (insta -> Krytyk Kosmetyczny). W pierwszym odruchu (chyba w związku z sympatią do ajurwedyjskich ziół) zachwycił mnie konsystencją i zapachem. Z czasem zaczęłam się zostanawiać co to za zapach i to był mój błąd. Bo to taki trochę płyn do naczyń. Ładny, przyjemny płyn.. ale jednak do naczyń.  

Nie zdążyłam porządnie wyrobić sobie zdania odnośnie działania serum, ale konsystencja mi odpowiada, skład daje fajne perspektywy więc całkiem możliwe, że kiedyś po nie sięgnę. Jednak raczej nie jest to nagląca potrzeba posiadania.


Zupełnie inaczej ma się sprawa z kremem pod oczy Alkemie - Better than Botox, którgo próbeczkę dostałam od Anuli. Początkowo miałam wrażenie, że konsystencja jest zbyt treściwa i że nie służy okolicy oczu. Jednak poza jakimś jednym epizodem nic złego jej się nie działo więc krem został oczyszczony z zarzutów. 

Ubóstwiam efekt, który daje rano moim oczom. Po prostu je otwiera choćbym miała za sobą najcięższą noc w życiu. Nie wiem czy to się liczy jako lifting, ale mnie całkowicie satysfakcjonuje - zmniejsza opuchliznę w trybie ekspresowym, a jednocześnie dba o pielęgnację skóry. Definitywnie chcę! Jak tylko wykończę niesamowicie wydajny 100% Pure..


Próbeczki: Martina Gebhardt


Gdybym miała w jednym zdaniu ująć swoją opinię odnośnie obu produktów, ograniczyłabym się do stwierdzenia, że są bogate, mocno odżywcze i bardzo wydajne.

Krem z żeń-szeniem teoretycznie zalecany jest na noc jednak osobiście nie widzę przeszkód, by stosować go również w ciągu dnia. Pod względem właściwości odżywczych, a nawet konsystencji i wydajności bardzo przypomina mój wspaniały krem Mayki jednak niestety skład nie jest w pełni wegański. 

Pachnie pięknie, sprawdza się pięknie jednak mając do wyboru równie dobrą pod tym względem opcję - zdecydowanie wolę wersję wegańską. 

Krem pod oczy z awokado zyskał już niejako sławę w blogosferze. Nic zresztą dziwnego, bo sądzę, że jest w stanie poratować skórę nawet w najgorszym stanie. Przesuszoną, nigdy specjalnie nie pielęgnowaną lub po prostu problematyczną. Odżywia godnie, ale też pozostawia świecącą powłoczkę, która dość długo się wchłania. Z tego powodu widzę go wyłącznie w pielęgnacji na noc (a nie jestem pewna czy posiadanie kremu pod oczy na noc i na dzień to nie jest już lekka przesada).


Wsio na ten moment.
Znacie coś z powyższych? :)
Copyright © 2016 Le Bleuet Blog , Blogger