kwietnia 21, 2018

Mayka Skincare, Vitamin C Collagen Boost

Mayka Skincare, Vitamin C Collagen Boost
Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost recenzja

Nie lubię kremów. W całym swoim życiu spotkałam raptem kilka, które uważam za godne uwagi. Nie lubię tego uczucia, że moja skóra się dusi pod emolientową warstwą. I tego wrażenia po kilku minutach, że skóra twarzy już najadła się przystawką i prosi o realne pożywienie, tym razem już bez kiepskich żartów. 

Całkiem serio preferuję maksymalnie tłuste oleje i masła, które wchłaniają się wolniej, ale dają mi święty spokój na całą noc lub dzień. Albo mocno nawilżające żele. Albo sera. Wszystko tylko nie kremy. 

Wyjątek stanowią te naprawdę bogate. Realnie odżywcze. Te, których ludzie zwykle używają na noc, bo wchłaniają się wieki. A wyjątkowy wyjątek stanowi krem Mayka.. bo jest całkiem inny niż wszystko co opisałam powyżej ;)

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost opinie blog

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost


Maykowy krem nie przeszkadza skórze swodobnie oddychać, a skład, który możecie podpatrzeć na poniższym zdjęciu daje tak dużą dawkę odżywienia, że nawet najbardziej potrzebująca cera nie będzie grymasić, że jej za mało. 

Jednocześnie nie jest też tak, że krem jest tłuściochem - nie umiem określić tego inaczej niż, że wchłania się idealnie i szybko. A gdyby komuś wciąż było za mało - do tej listy ochów i achów można jeszcze śmiało dodać straszliwie dobrą wydajność. 

Miałam okazję sprawdzić jego potencjał również w momencie mocnego rozdrażnienia skóry i jeśli ktoś miewa tego typu problemy - śmiało polecałabym spróbować.  

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost skład inci

To, co wzbudza mój nawiększy entuzjazm i uwielbienie dla koncepcji składu to sprytne umieszczenie oleju tamanu w kremie. Kiedyś wspominałam Wam, że gdy Calaya zorganizowała plebiscyt na najgorzej pachnący olej - tamanu praktycznie nie miał konkurencji w drodze na piedestał. Zresztą kto używał, ten na pewno pamięta. 

Zatem całkiem możliwym jest, że nie uwierzycie mi, gdy powiem jak bardzo ubóstwiam zapach tego kremu, mimo że tamanu wybija się w nim wyczuwalnie. A jednak olejki ze słodkiej pomarańczy i cytryny stanowią dla niego tak piękną kompozycję, że po skończeniu próbeczki wręcz mi go brakowało, a po otrzymaniu pełnowymiarowego opakowania moje zmysły realnie się ucieszyły. Jest wyjątkowy, uzależniający.. i w życiu nie przyszłoby mi do głowy, by próbować coś takiego stworzyć.

Osobna kwestią jest działanie tamanu. To już pozytywny aspekt jego sławy. Ja uwielbiam go za to, że łagodzi wszelkie zmiany skórne, przyspiesza regenerację i zmiękcza miejscowo przesuszoną skórę. Łącząc te dwa aspekty - rozumiecie już zapewne dlaczego tak bardzo cieszy mnie jego obecność w kremie. I brak konieczności znoszenia jego zapachu solo ;)

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost opinie recenzja

Jeśli chodzi o pozostałe dobrocie i funkcje kremu.. przy okazji postu o truskawkowym serum Mayki (z którym swoją drogą krem działa w pięknej symbiozie) mówiłam o podejściu autorki do wód kwiatowych. Bazą w tym konkretnym przypadku jest hydrolat z kwiatu pomarańczy.

Zgodnie z obietnicą z opakowania w składzie jest też witamina C i wegański kolagen z białego łubinu (!). Obie rzeczy cieszą, bo w związku z moimi niedawnymi rozważaniami odnośnie antyoksydantów i innych wspieraczy kolagenów: starość nie radość, im później zagości na skórze tym wszystkie szczęśliwsze zapewne będziemy ;)

Nawilżaczy są trzy rodzaje: kwas hialuronowy, gliceryna i pantenol, a i olejów skóra ma kilka do wyboru: niezwykle cenny olej z dzikiej róży, olej z nasion malin, wspomniany wcześniej tamanu i słonecznikowy. I masło shea. Na dokładkę. 


Ja jestem absolutnie zauroczona koncepcją kremu, codziennie sięgam po niego z taką samą radością i na tym etapie nie sądzę, by był w stanie mi się znudzić. A autorkę marki darzę wciąż rosnącym szacunkiem i wręcz zazdraszczam takich pomysłów na produkty!

Teraz czekam na lincz za swoje lizusostwo.
Chyba, że daliście się porwać idei marki i właśnie postanowiliście sprawdzić Maykę na własnej skórze ;)

W tym drugim przypadku kremik dorwiecie tu: Vitamin C Collagen Boost
A wspomniane serum truskawkowe tu: Strawberry Serum with Vit C

Co myślicie? ;)

kwietnia 14, 2018

Organizuję Targi kosmetyków naturalnych! Hilfe! (ogłoszenia parafialne)

Organizuję Targi kosmetyków naturalnych! Hilfe! (ogłoszenia parafialne)
Znacznie mniej mnie jest ostatnio, ale poniższym postem odrobinę się tłumaczę! 

Podjęłam się współorganizacji pięknego projektu jakim od początku wydawały się targi Ekosfera - Naturalny Kosmos. Prawda jest taka, że mamy miesiąc na postawienie przedsięwzięcia na nogi! A chcemy to zrobić z przytupem ;)

W związku z powyższym - ogromna prośba do Was.. drogich moich czytelników i blogerek, które to już nie raz wspierałyście mnie w tego rodzaju pomysłach (ba, Willowki dzięki Wam powstały! :D).. w zasadzie to prośba o wsparcie rodzaju wszelakiego możliwego!


Wrocław do tej pory nie miał własnego, typowo kosmetycznego przedsięwzięcia, które gromadziłoby najciekawszych twórców produktów naturalnych, niszowych marek i małych manufaktur. To wydarzenie będzie w pełni oddane tematyce kosmetyków naturalnych. I choćbym miała nie spać po nocach siedząc nad tym projektem - zrobię wszystko, by wyszło najwspanialej jak to możliwe!

Pierwsze kroki stawialiśmy chaotycznie.. na szczęście Lili Natura zgrabnie to wszystko ukryła pod wizualizacją EcoSfery, której kawałek widzicie powyżej :D Zresztą kto zna już twórczość Ady na pewno już dawno się zorientował, że to właśnie spod jej ręki takie cuda wychodzą. 

Działania są coraz bardziej owocne jednak potrzebujemy znacznie więcej - udostępnień, lajków, dobrych słów i garści mocy :D A jak przyjedziecie do Wrocławia 12 maja to już w ogóle będzie hiper fajnie!

To ja tu linkacze zostawię:
Facebook: EkoSfera - Naturalny Kosmos!
Instagram: EkoSfera Targi

A Wy mówcie co sądzicie :D

kwietnia 09, 2018

SO’BiO étic, tusz "z efektem sztucznych rzęs"

SO’BiO étic, tusz "z efektem sztucznych rzęs"
Przyznaję się bez bicia, że na naturalne tusze do rzęs przestawiłam się stosunkowo niedawno. Niestety kolorówka to chyba najbardziej problematyczny temat. Ciężko jest znaleźć coś co trwałością i efektem przypomina produkty drogeryjne i jednocześnie bije je na głowę swoim składem. 

Po mordęgach z tuszem Lusha i mascarze od Alverde zaufałam Agnieszce (Ekodystrykt), która ewidentnie ma jakiś szósty zmysł do wyszukiwania najlepszych opcji wśród wszystkich naturalnych produktów tego typu. So Bio Etic polecała również Anula.


SO’BiO étic, tusz "z efektem sztucznych rzęs"


Zacznijmy może od najbardziej istotnej kwestii - efektów. Efekt sztucznych rzęs brzmi bosko, ale warto mieć na uwadze, że to wyłącznie interpretacja własna Ecco Verde. W realiach codziennego życia nie jest jednak o wiele gorzej. Tusz So Bio daje naprawdę świetny efekt! 

Moje małe oczka gubią się w ogólnie papuśnym ryjku więc rozpaczliwie potrzebują efektu powiększenia - pogrubienia i wydłużenia w jednym. So Bio spełnił pod tym względem wszelkie moje nadzieje. Ponadto efekt, który nadaje utrzymuje się długo i stosunkowo godnie.

Stosunkowo, bo.. no właśnie. Ewidentnie trafiła mi się gorsza partia. Mój tusz od początku miał niecną tendencję do kruszenia i osypywania. Jednak najwyraźniej to wyłącznie moja sztuka, bo dziewczyny nie miały z tym żadnych kłopotów. Nie jest to jednak tragicznie trudne do ogarnięcia, bo wystarczy, że po skończeniu makijażu przetrę skórę pod oczami miękkim pędzlem i problem jest rozwiązany. Ewentualne pojedyncze okruszki osypujące się w ciągu dnia nie rzucają się w oczy tragicznie i nie jest też tak, że nie można się ich pozbyć. 


Wyłącznie pod koniec użytkowania tuszu zaczęłam mieć z nim większe kłopoty. Szczoteczka zbiła się na tyle, że przed każdą aplikacją musiałam odginać jej włoski. Przestała też być tak przyjemnie zaokrąglona, co wcześniej ułatwiało całe makijażowanie oczu. Sama konsystencja jakby się zaschła więc i efekty były znacznie mniej zadowalające. Ale to chyba zrozumiałe - nic nie trwa wiecznie, a tusz miał już swoje lata (miesiące. dokładnie trzy).

Nie przetrwał niestety próby ulewy. Nikt z Was nie chciałby mnie widzieć po styczności ze sroższym deszczem. To był bardzo, bardzo marny widok. 

Podsumowując - zdecydowanie polecam pod względem efektu. Sprawdza się równie dobrze jak drogeryjne tusze, a przy tym daje świadomość, że skład jest bezpieczny i naturalny. Nie polecam jeśli potrzebujecie tuszu, który sprawdzi się w ciężkich warunkach pogodowych, bo z tymi niestety nijak nie współpracuje. Ale w sumie już wiosna, a zaraz lato więc śnieżyce i ulewy są mniej prawdopodobne ;) Co do trefności mojej sztuki.. to już pozostawię bez komentarza, bo to kwestia indywidualna (prywatne nieszczęścia). W przyszłości być może pokuszę się na niego ponownie z nadzieją na - tym razem- normalną wersję z funkcją nie osypywania. 

Taką też miała Agnieszka więc koniecznie sprawdźcie jej wrażenia ☞ Tusz So Bio Etic

Miałyście? Słyszałyście o nim? ;)

marca 31, 2018

Marcowe nowości!

Marcowe nowości!

Tiaa.. przy okazji lutowego postu z tej serii burczałam coś, że może marcowego wydania nie będzie. Nie wyjszło. Ale za to jest nieco inaczej. Ociupinkę. Większość nowostek tego miesiąca pochodzi z zakupów stacjonarnych! ;D

Mogłam przegiąć z ilością pierdółek. Jest opcja, że się pogubicie, bo sama miałam kłopot, by to wszystko zebrać w kupę. Ale i może upatrzycie coś ciekawego! ;)


Lila Róż: Lilla Mai & Eco Lab


Pewnego nieszczęśliwego dnia zostawiono mnie bez pasty do zębów i wyjechano. Wybrałam się więc do jednej z moich awaryjnych drogerii - Lila Róż. Nie znalazłam nic sensownego, a mając w pamięci dobre słowa Chanceleee odnośnie stosowania oleju kokosowego w higienie jamy ustnej.. padło na kokosową pastę do zębów od Lilla Mai.

Tragedia! No nie umiem tego stosować. Mimo naprawdę solidnego samozaparcia, mocnych argumentów za stosowaniem takiego rozwiązania.. nie udało mi się na dłuższą metę stosować oleju kokosowego zamiast pasty. No bo powiedzmy sobie szczerze to nie jest pasta do zębów. W smaku to jest olej i koniec.

Zgarnęłam też zachwalany na grupach krem do rąk- maskę Eco Lab, bo po ostatnich nieudanych eksperymentach kremowych moje dłonie były w naprawdę opłakanym stanie.


Lila Róż: Henna Orientana, Gorzka Czekolada


Przy okazji poszukiwań pasty wpadła mi w oko henna Orientany. Ale chwilę jeszcze walczyłam ze sobą, czy aby na pewno piszę się na powrót do hennowania. 

Perspektywa posiadania grubych i mocnych włosów o pięknej objętości (tak, znów się naczytałam) sprawiła, że powędrowałam do Lila Róż raz jeszcze.

Taka głupawa kwestia odnośnie zakupów stacjonarnych. 


Biorganic ❤


O tych zakupach pisałam już w osobnym poście. I całe szczęście, bo już w ogóle bym się pogubiła z tymi nowościami marca. 

Absolutnym hitem na ten moment jest orzechowe masełko Fresh & Natural, które wącham maniakalnie każdego dnia i jak dziecko cieszę się milutką strukturą pianki. Przepadłam!

Herbatka z kwiatów klitorii też definitywnie jest czymś, co musicie poznać! Po zaparzeniu herbatka jest niebieska i zmienia kolor w zależności od ph - wystarczy dodać cytryny, by stała się różowiutka. Nie dziwię się, że polecana jest nawet na depresję. Daje radochę :D

Zobaczycie ją w poście na insta. Tylko proszę nie szydzić, że ostatnie zdjęcie jest ciemnością. Takie życie, zdarza się, Aneczka! :D


Naturalne Piękno: Orientana & Sylveco


Tonik do włosów Orientany chodził mi po głowie strasznie długo. Wspominałam już, że zamarzyło mi się posiadać gęste i grube włosy? Walka z wiatrakami, wiem. Ale tego typu beznadziejne walki od zawsze chyba leżały w mojej naturze. A nuż kiedyś wygram? :D

Przy okazji zgarnęłam krem pod oczy opornej wobec tego typu produktów siostrze. Miał być lekki, uniwersalny. Ale siostra narzeka. Mama też szału nie widzi. No i dobra. Może rzeczywiście Sylveco nie było najświetniejszym wyborem. Może w sumie nigdy nie jest? Czy ta marka ma coś dobrego w zanadrzu? Albo czy macie krem odpowiedni dla nastolatki? :D 


Orientana: olejek do demakijażu & pianka do mycia twarzy


Tak, to najwyraźniej jest miesiąc pod znakiem Orientany. Nawet się nie spotrzegłam, że to już cztery produkty. Powinno wystarczyć, by wyrobić sobie jakieś zdanie na temat marki. 

Orientana zawsze kojarzyła mi się dobrze. Nie zawsze potrafię uzasadnić takie odczucia i raczej nie jest to coś nad czym panuję więc nie wiem czy ma to jakikolwiek sens :D W każdym razie zarówno ja jak i Wy przekonamy się o tym wkrótce! :D


Herbatki z Elfinki


Kompletnie nie przeszkadza mi fakt, że zima już się skończyła. Herbatki są pyszne i zdrowe. Bo z samych ziół. 

Do Elfinki ostatnio chodzę już tylko po herbatki. Irytują mnie ich przebitki cenowe, ale dla ziółek robię wyjątek. 

Obecnie na tapecie Elderberry & Echinacea oraz Lemon, Ginger & Manuka Honey :)


Biorganic.. znów :D


Wspominałam, że za często jestem w Biorganic? :D Defnitywnie jest tam za dużo rzeczy przyciągających moją uwagę..

W ramach dłuższego weekendu znów zgarnęłam hennę, jako że będę miała czas swobodnie pośmierdzieć sobie glonami. Tym razem jednak mieszankę hennującą mam zamiar stworzyć sama.. :D

Na piernikowe Klareko czaiłam się już od świąt grudniowych. Tak, wiem, że zapach to już w ogóle nie te święta, ale fajny jest, no! :D


Mayka, krem Vitamin C Collagen Boost


Po skończeniu próbki tego cudeńka byłam trochę zdziwiona sama sobą, że krem do twarzy tak bardzo mnie do siebie przekonał. Miałam długi detoks od kremów. Z różnych powodów. Ale ten jest po prostu małym, słodkim mistrzostwem. :)

Kiedy autorka marki zapytała czy chciałabym dorwać jeszcze jakiś produkt Mayki, teraz już w ramach recenzji - wybór był oczywisty. Moje zmysły realnie się ucieszyły znów czując ten zapach :D


Coś wpadło Wam w oko?
A może coś już mieliście? ;)

marca 29, 2018

Mayka Skincare, Truskawkowe Serum do twarzy

Mayka Skincare, Truskawkowe Serum do twarzy

Jak już Wam wspominałam przy okazji lutowych nowostek markę Mayka Skincare poznałam przypadkiem na jednej z grup facebookowych. W tamtym momencie nie wiedziałam o niej nic prócz tego, że autorką kosmetyków jest Polka mieszkająca w Anglii. 

W ramach własnej upierdliwości, miałam okazję przekonać się, że ów Polka jest przesympatyczną, młodą dziewczyną. Dopytywałam o stężenie witaminy C w serum, które wydzicie powyżej. Wziąwszy pod uwagę, że tuż przy moim nazwisku na facebooku wyświetla się link do mojej własnej marki, moją dociekliwość możnaby uznać za co najmniej podejrzaną :D 

Mimo to pani Sylwia zdradziła swoją tajemnicę, a nawet pogratulowała mi własnych poczynań. (Nawiasem mówiąc to wcale nie jest jakiś mój myk na sprawdzanie czy ktoś jest w porządku :D To po prostu dość szybko wychodzi jak już się zdarza).



Mayka Skincare


Mayka Skincare nie jest kolejną hobbystyczną manufakturą bez papierów (nie żebym jakoś specjalnie gardziła takowymi, ale owszem, zdarza mi się niepowstrzymanie zgrzytnąć zębami, wiedząc ile trzeba się narobić, żeby wszystko legalnie na rynek wprowadzić :D). 

Każdy produkt ma odpowiednią dokumentację i jest w pełni bezpieczny :)

To, co mnie również urzeka to fakt, że wszystkie produkty są wegańskie! Nie trzeba więc specjalnie przebierać w asortymencie walcząc ze swoim sumieniem jeśli te aspekty są dla Was w jakieś mierze istotne.

No i ostatnie słówko odnośnie produktów ogółem - na powyższym zdjęciu widzicie moje zamówienie. Przecież takie pakowanie od razu sprawia, że się człowiek czuje jakby właśnie prezent dostał. Nie ważne, że sam zamówił. Ważne, że przyszło takie piękne i nawet próbki są też! ;D

Rozgadałam się wyjątkowo. Przejdźmy więc wreszcie do sedna. 


Mayka, Truskawkowe serum do twarzy


Zacznijmy od tego, że w kosmetykach Mayka nie znajdziecie wody. Jeśli czytujecie moje DIY wiecie jak bardzo popieram ten koncept. Po co używać wody skoro można korzystać w dobrodziejstw w postaci choćby hydrolatów! ❤ Bazę truskawkowego serum stanowi więc woda różana.

Znajdziecie w nim również witaminę C w stężeniu na tyle optymalnym, by mogła się wykazać, ale nie na tyle dużym, by mogła kogokolwiek podrażniać. Od razu też śpieszę z wyjaśnieniem odnośnie samej formuły witaminy! Wiem, że obecnie największą popularnością cieszy się Tetrahexyldecyl Ascorbate. Jednak ta forma rozpuszcza się w tłuszczach. Śmiem twierdzić, że SAP jest równie dobrze przyswajalny, tak samo dobrze tolerowany przez skórę i w takim samym stopniu stabilny. Z tą różnicą, że rozpuszcza się w wodzie :) Warto sprawdzić! 

Oczywiście jest też tytułowy ekstrakt z truskawki! A w ramach poprawy nawilżenia i przyspieszania regeneracji: glukonolakton, pantenol i kwas hialuronowy.


Działanie


Serum truskawkowe swoją formułą najbardziej przypomina mi żel aloesowy. Z tą różnicą, że w przeciwieństwie do żelu nie ściąga skóry w sekundę po użyciu i raczej nie ma szans przesuszyć jej przy nieprawidłowym użytkowaniu.

Wieczorem nakładam serum pod mój Fruity Mousse, a do porannej pielęgnacji stosuję z którymś z posiadanych obecnie kremów (tak, trochę się pozmieniało, ale o tym wkrótce! ;D). Przede wszystkim przyspiesza wchłanianie wszystkich moich tłuściutkich mazideł i ułatwia ich aplikację.

Jeśli chodzi o efekty.. usłyszałam ostatnio, że mam piękną, nieskazitelną i jędrną cerę :D Gwoli ścisłości uważam to za mocną przesadę, ale rzeczywiście potem zwróciłam uwagę, że skóra ma się ostatnio nadzywczaj dobrze (nieczęsto się słyszy takie rzeczy, musiałam to sprawdzić)! Nie jestem w stanie przypisać całej cudowności wyłącznie serum (zmieniłam też taktykę odnośnie zmian alergicznych), ale śmiem twierdzić, że ma tutaj sporą zasługę.

Rozjaśnia świeże przebarwienia i wyraźnie wspomaga regenerację skóry w miejscach pokrzywdzonych (przez wcześniejsze drapanie uczuleń). W poprawę jędrności nie zwykłam wierzyć, szczególnie mając z natury dość papuśną buzię, jednak skoro słyszę takie komplenty.. to może jednak coś jest w tym glukonolaktonie i kwasie hialuronowym? :DD

Podsumowując: koncept serum jest na tyle wyjątkowy na tle innych produktów tego typu, że warto go sprawdzić choćby przez wzgląd na tą ciekawą formułę. A już na pewno jeśli potrzebujecie dodatkowej dawki nawilżenia, regeneracji lub czegoś łagodzącego do codziennej pielęgnacji. Musząc się czegoś czepić: chciałabym większą wersję, taką dwa razy większą. A jakby serum jeszcze pachniało to już w ogóle byłoby mega (na ten moment delikatniusio czuć hydrolat).


Konkurs!


Spodobała Wam się Mayka? To może pokusicie się na konkurs organizowany na Maykowym facebooku? ;)

Wystarczy, że do 1.04 oznaczycie w komentarzu znajomych i udostępnicie post. Zainteresowanie jest spore, ale uwierzcie mi (na razie na słowo), że krem Vitamin C Collagen Boost wymiata i warto dać sobie szansę! ;D


Wyszło wyjątkowo długaśnie. Zapytam więc krótko: co sądzicie? ;)

marca 27, 2018

Marcowe denko!

Marcowe denko!

Wiem, że to jeszcze nie koniec miesiąca, wiem! ;) Ale więcej niż to już naprawdę nie będę w stanie zużyć.

Znów nie jest tego wiele, ale jakaś kiść się uciułała do podsumowania. Podobnie też w jak w zeszłym miesiacu - na całe pudełeczko tylko jeden produkt okazał się strzałem w kolano ;)


Biolove, żele pod prysznic


Do wersji Brownie z pomarańczą zachęciła mnie Aga. Nie musiała mnie zresztą jakoś specjalnie przekonywać, bo zapach po prostu z miejsca urzeka.

Z kolei żel gruszkowy dostałam od kochanej Anuli. I w tym przypadku również bardzo łatwo jest zakochać się w kompozycji zapachowej. Straszliwie mało jest na rynku kometyków o zapachu gruszki, a szkoda! To wydanie bardzo, bardzo polecam sprawdzić! ;)

Żele Biolove są specyficzne pod względem aplikacji. Zostawiają na skórze stosunkowo ciężko zmywalną powłoczkę. Mam też osobiste wrażenie, że pod względem spełniania podstawowej funkcji też nie są nadzwyczaj szałowe. Często sięgam po inny żel pod prysznic chcąc odpowiednio oczyścić najbardziej newralgiczne części ciała. 

Cena jednak nie jest na tyle wygórowana, by móc tu jakoś zapalczywie narzekać. Te dwie wersje zapachowe doskonale rekompensują wszelkie minusy i realnie umilają każdą kąpiel czy prysznic ;)


Kosmetyki do włosów 


O mgiełce solnej Paul Mitchell pisałam już post. Bardzo daawno temu, bo w sierpniu! Sea Spray jest więc naprawdę bardzo wydajny ;) 

Moje włosy z czasem stają się coraz bardziej lejące, płaskie, przyklapnięte.. i chyba zwyczajnie wredne. Mgiełka potrafiła nadać im objętość i poprawić skręt (używana przed stylizującym koczkiem). Co prawda efekt na moich włosach pod koniec buteleczki był już naprawdę bardzo mało trwały, ale w przypadku mniej opornych włosów powinien utrzymywać się znacznie dłużej. 

Szampon Lilla Mai też już miał swoją recenzję. Zdaje się, że to pierwszy szampon, który zdarzyło mi się kupić ponownie. A to naprawdę spora nobilitacja ;D Jest po prostu niezawodny. Optymalny w użytkowaniu w porównaniu do innych łagodnych szamponów, ma piękny skład i świetne działanie - ratuje mnie nawet w bardziej kryzysowych sytuacjach, gdy skóra głowy postanowi odstawiać cyrk.


Pielęgnacja ciała


Masło do ciała Be Organic miało swoje 5 minut przy okazji recenzji zbiórczej. Powiem więc tylko tyle, że w tym przypadku w pełni podtrzymuję swoje stanowisko ;) Jest na tyle uniwersalne, że powinno sprawdzić się w każdym przypadku. Co prawda ja zimą sięgałam po nie na zmianę z balsamującą świecą Nacomi, ale i tak wrażenia odnośnie masełka solo pozostają bardzo miłe.

Nasionka szałwii do zasadzenia robią dodatkową robotę! ;) 

No i nadszedł czas na jedyny niewypał z tego zestawienia. Krem do rąk Lavery. Nie tylko nie sprawdza się w kwestii pielęgnacji moich dłoni, ale wręcz pogarsza ich stan. Do tego stopnia, że w najwrażliwszych częściach skóra zaczęła już pękać. 

Byłam gotowa wyrzucić go nie oglądając się za siebie, mimo że w tubce pozostała jeszcze jakaś część kremu. Jedyne co sprawia, że chwilowo wciąż jeszcze nie jest w śmietniku to patent, który ostatnio podsunęła mi Emza. Mam zamiar sprawdzić jak będzie działał aplikowany na masło shea. Ale tuż po tym pójdzie do kosza. :D


Próbki, próbeczki


Czyli część sponsorowana w największej mierze przez Agnieszkę ;) 

O maseczce Aubrey z kwasami AHA Aga pisała już recenzję. Ja ze swojej strony mogę jedynie dodać, że jest bardzo przyjemna w użytkowaniu, ma delikatny, może nawet lekko owocowy zapach i.. jestem głęboko przekonana o jej działaniu.. na dłużą metę ;D Niestety po jednym użyciu nie zauważyłam spektakularnych efektów, ale skład i koncept jest na tyle fajny, że chętnie kiedyś zaopatrzę się w pełnowymiarowe opakowanie.

O maseczkach Chic Chic pisałam w ubiegłym tygodniu więc kto był zainteresowany pewnie już wie, że skradły mi -zatwardziałą wobec proszkowanych maseczek- duszę ;D Trzymają poziom. Zarówno pod względem składu, aplikacji, zapachu i działania. Są po prostu świetne. Wszystkie bez wyjątku.

Na koniec moje małe odkrycie: krem do twarzy Mayka Vit C Collagen Boost. Pewnie część z Was kojarzy, że nie do końca po drodze mi z kremami. W tym przypadku jednak od razu zauroczył mnie koncept dodania oleju tamanu. Solo jest prawie niemożliwy do zniesienia pod względem zapachu. W tym zestawieniu - z cytrusowymi olejkami - uporczywy aromat niknie, a genialne działanie pozostaje! 

Sama formuła zresztą bardzo mi odpowiada - to jeden z niewielu kremów, który nie jest dla mnie za lekki. W połączeniu z truskawkowym serum Mayki (o którym już wkrótce) jest dla mnie piękną opcją na dzień :)


Jak Wasze śmieciuszki w tym miesiącu? ;D
Jakieś fajne odkrycia? A może coś, czego warto będzie unikać? ;)


Grupa na facebooku!


Achh no i zapomniałabym! Stworzyłyśmy z Agą grupę fejsbukową. Nie umiemy jej prowadzić, ale będziemy bardzo się starać, by było tam fajnie ;D Zapraszamy serdecznie do dołączenia i aktywności wszelakiej. Będą tam promocje, nowe sklepy kosmetyczne, informacje o najlepsiejszych konkursach, a nawet pyszne i zdrowe (!) smakołyki ;D
Znajdziecie ją o tutaj: Kosmetyki naturalne ❤ Składy, opinie, pomoc, promocje.

marca 24, 2018

Wiosenne kule kąpielowe!

Wiosenne kule kąpielowe!

Kule kąpielowe wystąpiły już jakiś czas temu w niebieskiej wersji zimowej. Ale jako że teoretycznie mamy już wiosnę, dziś będzie znacznie bardziej kolorowo!

Całość paczuszki docelowo była prezentem, na życzenie zresztą :D Stąd też zapewne wyszło bardziej różnorodnie. Po raz kolejny frajdy miałam po pachy więc bardzo zachęcam Was do zrobienia własnych tworów tego typu. Nawet jeśli nie macie wanny! :D

Zainteresowanych bazowym przepisem na kule odsyłam do podlinkowanego wyżej wpisu ;)



Kule kąpielowe z olejkiem rumiankowym i bazylią


Połączenie tych dwóch olejków kompletnie skradło mi duszę. Świeży, kwiatowo-ziołowy zapach ma prawo nie podobać się wszystkim jednak ci, którzy cenią ziółka na co dzień powinni być nim oczarowani.

Olejek z rumianku rzymskiego dorwiecie w Ecospa, z kolei bazylię w ZSK

Te dwa cuda przydadzą Wam się również w pielęgnacji problematycznej skóry! ;) Na mnie to kombo wpływa tonizująco i niezwykle kojąco.




Kule z olejkiem z drzewa różanego i cytrusami


Temat zapachu różanego wciąż jest dla mnie drażliwym, choć z biegiem czasu pomalutku przekonuję się do aromatu czystego olejku różanego. 

Tak czy inaczej najbezpieczniejszym wyborem na tym etapie był olejek z drzewa różanego, który jest bardziej świeży, ciupkę korzenny i tylko w jakiejś części kwiatowy. Sam w sobie wystarczyłby w przypadku kul kąpielowych. Dla różnorodności dodałam jednak wcześniej upolowaną klementynkę i mandarynkę (zdaje się :D).

Olejek z drzewa różanego kupicie w Ecospa, z kolei mandarynkę i klementynkę mam jeszcze z Zielonego Klubu. Klementynka jest mało intensywna, ale za to urzekająco słodka. 



Kule z kakao i olejkiem pomarańczowym


Kakao i olejek pomarańczowy to nadzywczaj częste połączenie w moich diy :D To banalnie prosta i każdorazowo urzekająca kompozycja. Może trochę bardziej zimowa niż wiosenna, ale aromat trufli (bo z nimi właśnie taki zapach mi się kojarzy) robi mi smaka niezależnie od pory roku ;)

Kule z kakao są minimalnie trudniejsze niż standardowe. Nie mam pojęcia czemu, ale moje bardzo chciały spuchnąć. Trzeba było kontrolować je foremkami, by nie skończyły jako bezwładne placki. Uprzejmie ostrzegam. Gdyby kogoś podkusiło :D

W tym przypadku warto też użyć alkoholu izopropylowego zamiast wody. Przynajmniej ja tak zrobiłam, dla bezpieczeństwa i utrzymania jakiejś dłuższej daty ważności.



Kule grejpfrutowe z limonką


Kolejna moja fascynacja zapachowa. Olejku z grejpruta moim zdaniem nie trzeba niczym wzbogacać. Jeśli to robię to raczej naprawdę pro forma, bo i tak zawsze grejpfrut w tych moich zapachach przeważa (po prostu wlewam go najwięcej). Jest słodki i ożywczy, bez grama cierpkości wbrew pozorom. Pokochałam!

W kulach ostatecznie wylądował również olejek z limonki, który też dorwiecie w Zielonym Klubie.

Były też kule kurkumowe. Ale się nie załapały na sesję :D Może innym razem. W wydaniu letnim :D

I co? I co? Ktoś się skusi na własne eksperymenty? :)


Ps. jak już informowałam na insta - Iherb do niedzieli ma fajny bonik na 5$ (ok 17zł) na każdego rodzaju zakupki. Ja już się skusiłam na Anulową czekoladową maseczkę między innymi :D Jeśli jest tu ktoś równie miętki - link przekierowujący do obniżonego cenowo koszyczka jest o tam, po prawej na pasku ;D
Copyright © 2016 Le Bleuet Blog , Blogger