lutego 09, 2019

Aromatica, Rose Absolute First Serum

Aromatica, Rose Absolute First Serum
Aromatica, Rose Absolute First Serum opinie

Na markę Aromatica trafiłam dzięki Gosi w jednym z tych momentów, w których nowinki kosmetyczne przestały robić na mnie jakiekolwiek wrażenie, a ja byłam święcie przekonana, że znam już wszystkich producentów oferujących kosmetyki naturalne w Polsce (jakby to rzeczywiście było wykonalne..). 

Aromatica to marka koreańska, co już wywołuje u mnie pewnego rodzaju sentyment, bo oczywiście nie ominął mnie boom na koreańską pielęgnację i jeszcze zanim przestawiłam się na kosmetyki naturalne miałam swoich ulubieńców w tej kategorii. Bardzo miło wspominam.

Aromatica, Rose Absolute First Serum recenzja blog

Aromatica, Rose Absolute First Serum


Moje serum pochodzi z Azjatyckiego Domu Piękna, gdzie trafiłam na przyjemną promocję. Wciąż zresztą możecie się na jakąś załapać ;) Jeśli jednak będzie Wam zależało na tym konkretnym produkcie - serum obecnie jest dostępne na Ekobieca.pl.

Czy warto? Jeśli należycie do osób, które zawsze muszą być w posiadaniu solidnego nawilżacza - jak najbardziej! Rose Absolute First Serum wyróżnia się sporą pojemnością jak na tego typu produkt. Ma również bogaty i naprawdę ładny skład. 

Powiecie, że można z łatwością zastąpić go kwasem hialuronowym lub żelem aloesowym i będę zmuszona po części przyznać Wam rację. Podstawowym zadaniem serum jest w rzeczy samej zapewnienie odpowiedniego nawilżenia skórze. Jednak obecne w składzie ekstrakty oraz rozjaśniająca witamina B3 dla mnie stanowią bardzo wartościowy element.

Aromatica, Rose Absolute First Serum serum różane skład

Serum przede wszystkim wyraźnie łagodzi skórę. Zarówno w przypadku jakichś krostek, podrażnień od zimna i suchego powietrza, jak i nawet w przypadku zakatarzonego nosa ;) W tych cięższych przypadkach różnica jest widoczna już po nałożeniu serum na noc. 

W kwestii rozjaśnienia przebarwień nie powinnam się wypowiadać, bo do tej pory nie spotkałam nic, co zrobiłoby na mnie piorunujące wrażenie. Całkiem możliwe, że witamina B3 przyśpiesza rozjaśnianie skóry jednak nie jest to tak namacalny efekt jak na przykład funkcja łagodząca. Tak czy inaczej cenię ten składnik w kosmetykach ze względu na właściwości anti-aging i ogólno wzmacniające.

Ale przede wszystkim! Serum całkowicie skutecznie nawadnia skórę. Nie wysycha tak szybko jak np. żel aloesowy więc nie powoduje konieczności natychmiastowego nałożenia kremu lub serum. Konsystencja jest żelowa, lekka, a jednak tworzy na skórze delikatną warstewkę ochronną. 

Pięknie współgra zarówno z lekkim, jak i bogatszym kremem oraz idealnie uzupełnia pielęgnację olejami lub serami olejowymi. Do tego jest naprawdę mega wydajne.

Aromatica, Rose Absolute First Serum inci skład

Aromatica, Rose Absolute First Serum - skład


Swoje cudne właściwości łagodzące serum zawdzięcza betainie, allantoinie i pantenolowi, a także ekstraktom z aloesu, róży i nagietka. Działanie wspomnianej już wcześniej witaminy B3 wspiera adenozyna. Przypisuje jej się podobne właściwości zarówno w kwestii prewencji przeciwzmarszczkowej, jak i rozjaśniającej (oraz porostu włosów i regulacji sebum). 

Ciekawostką jest ekstrakt z amli czyli indyjskiego agrestu niezwykle bogatego w witaminę C. Funkcję antyoksydacyjną pełni też ekstrakt z bzu czarnego, a ekstrakt z malin ma za zadanie działać przeciwzapalnie i antybakteryjnie.

Całość okraszona jest zapachem czystego olejku z róży. Pięknej, świeżej, żywej róży. Nie mylić z duszącym geranium.


Ze względu na skład, konsystencję i działanie polecałabym to serum dla każdej cery. Ale..your mileage may vary.. więc nie biorę tego na siebie ;) Nie polecam w przypadku głębokiej awersji do nawet odrobinę lepkiej powłoczki na skórze i w przypadku nietolerancji gliceryny. W pozostałych przypadkach zachęcałabym gorąco. Jestem z niego bardzo zadowolona :)

Znacie Aromaticę? :)

lutego 02, 2019

Evolve, Radiant Glow maseczka z kakao i kokosem

Evolve, Radiant Glow maseczka z kakao i kokosem

Evolve Organic poznałam bliżej dzięki recenzjom na blogu Ekodystrykt. W momencie gdy po raz pierwszy przeglądałam całość asortymentu marki wiedziałam, że prędzej czy później dorwę się do kakaowej maseczki. Definitywnie mam słabość do tworów czekoladopodobnych z przeznaczeniem na twarz. Może dlatego, że nie można mi ich spożywać. A może to całkiem normalne?



Evolve, Radiant Glow maseczka z kakao i kokosem


Radiant Glow ma gumową formułę z wyczuwalnymi ziarenkami kakao i łupinami kokosa. I tak sobie teraz myślę, że to wcale nie brzmi przyjemnie. A jednak rozprowadzanie tej gumowatej maseczki nie stanowi większego problemu. Podobnie jak trzymanie jej na twarzy. Tak naprawdę można w niej siedzieć i siedzieć, ile nam się podoba - nie zasycha, nigdzie nie wędruje, nie przeszkadza. Porządnie trzyma się skóry i raczy zapachem czekolady z miodem.

Jeszcze ciekawszy jest proces zmywania maseczki. Radiant Glow w kontakcie z odrobiną wody zmienia swoją formułę i kolor. Konsystencja staje się biaława i lekka, a peelingujące drobinki pokazują swoją moc. W tym momencie kokosowo - kakaowe mikroziarenka dają satysfakcję porównywalną do stosowania korundu.



Radian Glow - skład (inci)


Koncepcja tej maseczki jest dość prosta, a jednak robi spore wrażenie podczas użytkowania. Radiant Glow to połączenie olejów z gliceryną i peelingującymi drobinkami. Dodany dodatkowo laurynian sacharozy umożliwia przejście gumy w przyjemnie zmywalną, mleczną konsystencję. 

Z pozostałych składników warty uwagi jest na pewno hydrolat pomarańczowy i ekstrakt z wanilii. Mimo braku substancji zapachowych i olejków eterycznych Radiant Glow pachnie dość intensywnie i wręcz ujmująco. Gdybym nie miała przed oczami składu zapierałabym się, że za lepką konsystencję i słodkie nuty zapachowe odpowiada miód.


Maseczkę Evolve polecam wszystkim wielbicielkom złuszczania mechanicznego. Radiant Glow to rozbrajające połączenie maseczki i peelingu o urzekającym zapachu. 

Znacie tą markę? Jakie macie opinie? :)

stycznia 06, 2019

Niewypały kosmetyczne 2018

Niewypały kosmetyczne 2018
Najgorsze niewypały kosmetyczne 2018

Na większości blogów pojawiają się piękne podsumowania najlepszych produktów roku. U mnie nie będzie. W związku z przeprowadzką zmuszona byłam powyrzucać wszystkie opakowania kolekcjonowane celem zrobienia zestawienia hitów. Wszystkich ulubieńców znajdziecie jednak pod tagiem

Za to zostawiłam dla Was pięć najgorszych produktów! Trochę po to, by mieć poczucie, że wystarczająco się nad nimi pastwiłam, ale też po to, by przypadkiem nie przyszło Wam do głowy zakupienie któregokolwiek z nich ;)

Orientana, pianka do mycia twarzy Kantola opinie

Orientana, pianka do mycia twarzy Kantola


Nie dajcie się zwieść nazwie. Ta pianka nie myje. Tj możecie, zgodnie z zaleceniem producenta, myć nią twarz, ale to zupełnie mija się z celem. Świetnie rozmazuje sebum, kremy i makijaż (lub jego resztki) po całej twarzy. Być może gdyby wystarczająco długo i wielokrotnie po rząd używać jej celem oczyszczenia skóra rzeczywiście ostatecznie byłaby czysta? Nie wiem, nigdy nie miałam aż tyle zacięcia. 

Serdecznie polecam recenzję: Orientana, pianka nawilżająca Kantola

Swanicoco, Nagietkowy szampon w kostce opinie

Swanicoco, Nagietkowy szampon w kostce


Gwoli ścisłości - to nie mydło, a rzeczywiście szampon z takimi substancjami myjącymi jak Decyl GlucosideDisodium Laureth Sulfosuccinate. Problemem okazuje się jednak duża zawartość tłustych emolientów i olejów. W moim przypadku Swanicoco wywołał natychmiastowe swędzenie skóry głowy i tzw. zapchanie. 

Nie mówię, że jest to opcja zupełnie beznadziejna, bo być może sprawdziłby się w przypadku suchej i atopowej skóry głowy. W innych przypadkach - raczej bierzecie takie cuda na własną odpowiedzialność. 

Kupiony w Azjatycki Dom Piękna, obecnie niedostępny

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir z witaminą C

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir


Czyli środek sklejający twarz pozbawiony właściwości pielęgnujących. Innymi słowy - tworzy na skórze lepką powłokę, z którą ciężko cokolwiek począć. Nie zauważyłam żadnych efektów na swojej skórze więc nie jestem w stanie polecić z jakiegokolwiek względu. Być może gdyby konsystencja była bardziej przyjazna dla człowieka polecałabym jako tani, lekki produkt anty-aging. 

Recenzja: Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir z witaminą C

Naturalna kolorówka 100%Pure, Lavera, Benecos opinie

100% Pure, Benecos, Lavera


Duży rozstrzał cenowy produktów, a tak samo marne działanie w każdym z przypadków. Zacznijmy od korektora 100% Pure. Ma piękny skład, wręcz pielęgnuje skórę! Jednak nie spełnia podstawowej funkcji, dla której został stworzony - w moim przypadku nie kryje niczego. I nie czepiam się już nawet braku krycia pod oczami, bo tutaj żadne produkty nie mają lekko. Korektor nie radzi sobie nawet z drobnymi zaczerwieniami. Ma zbyt lekką konsystencję, która sama w sobie jest lekko połyskująca. Daje wrażenie prześwitującej warstwy. 

Lavera, Eyeliner w płynie 01 Black opinie

Lavera, Eyeliner w płynie 01 Black


Wielokrotnie powtarzałam, że nie jestem mistrzynią makijażu, a robienie kreski eyelinerem to już w ogóle u mnie nowość. I owszem, brak umiejętności swoją drogą, ale tym, jasna d*** nie da się zrobić zupełnie NIC. 

Nakładanie tego eyelinera na oko pomalowane uprzednio cieniami to strasznie mało zabawny żart - zbiera wszyściutkie minerały i się grudkuje. Z kolei próby nałożenia cieni po zrobieniu kreski kończą się kruszeniem eyelinera zaledwie po dotknięciu. W ogóle ten pędzelek jest straszliwie długi i niezgrabny, a na końcu ma odstający farfocel. Seerio? No i trwałość - jakieś 3 w porywach do 5 minut przy optymistycznym założeniu, że nie drgnie Ci powieka. Potem się kruszy. Wspomniałam, że odbija się na powiece?

Nie wiem czy moja powieka jest trudna, ale wodoodporny Wibo za 10zł dał sobie z nią radę całkiem nieźle i nawet wytrzymał do 4 rano bez szwanku! (tak, wygląda na to, że jak zrobię kreski raz na rok to mnie ponosi :D) Także.. intensywnie oczekuję na jakieś propozycje eyelinerów w kredce / pisaku z dobrym składem, plz. Nie straciłam wiary, że istnieją. Tylko niech będzie łatwo ❤

Benecos, kredka do oczu White opinie

Benecos, kredka do oczu White


Utkwiła mi w głowie nieznośnie po recenzji Ekodystrykt. Musiałam ją sprawdzić. A teraz muszę pokornie potwierdzić słowa Agnieszki. Kredka bardzo wyraźnie odznacza się od reszty makijażu oka. Można próbować aplikować ją w minimalnej ilości, ale wtedy z kolei zupełnie jej nie widać i błyskawicznie się ściera. Nie ma opcji, żeby ją wyczuć i osiągnąć satysfakcjonujący efekt. 


To chyba wszystkie z moich niepowodzeń ubiegłego roku. W zasadzie 6 produktów to nie taki straszny wynik :) Jak było u Was?

grudnia 30, 2018

Lily Lolo, Krem BB Fair

Lily Lolo, Krem BB Fair
Krem BB, który prawie przyprawił mnie o nerwicę. Tak powinnam zatytułować ten post. Kilkakrotnie dostał ode mnie serię obelg. A wszystko dlatego, że to za jego sprawą cała prawda o mojej skórze twarzy wyszła na jaw.. 

Około dwa miesiące temu, zanim jeszcze zabrałam się za kompletne wdrożenie kosmetyków Lily Lolo do codziennego makijażu, pani Aleksandra z Costasy uświadomiła mnie, że to podkłady mineralne ukazują rzeczywisty stan cery. I od kiedy używam swojego Warm Peach czuję się ze sobą perfekcyjnie, bo żadne niedoskonałości nie są widoczne - cera sprawia wrażenie świetnie odżywionej i wręcz promiennej. 

Tymczasem krem BB wywołał u mnie wręcz oburzenie! Bez najmniejszych skrupułów uświadomił mnie, że mam rozszerzone pory w strefie T i bezlitośnie pokazał kilka drobnych zmarszczek, których do tej pory nie zauważyłam. I tak, mam mu to za złe. Ale gdyby nie on, wciąż uważałabym, że moja skóra twarzy nie wymaga na obecnym etapie żadnej wyjątkowej pielęgnacji.


Lily Lolo, Krem BB Fair


Ale zacznijmy od początku. Krem BB zachowuje się wobec mnie nieładnie wyłącznie gdy aplikuję go palcami. I nie ma różnicy czy nałożę go na krem, bez kremu czy wręcz połączę jego konsystencję z kremem do twarzy. Każdorazowo uświadamia mnie, że pory są rozszerzone, zmarszczek jest coraz więcej, a jeśli jeszcze dołożyć do tego suche, atopowe zmiany, które czasem mi się przydarzają to już w ogóle nie nadaję się do wyjścia, nawet do sklepu za rogiem. Czuję się jakby mnie właśnie postarzono lateksem. 

Sytuację diametralnie zmienia.. gąbeczka do makijażu! I wybaczcie tu nadmierny entuzjazm, ale to pierwszy raz, gdy tak namacalnie widzę różnicę, jaką może zrobić taka gąbeczka. Wszelkie problemy znikają jak ręką odjął. Krem BB rozprowadza się łatwo, przyjemnie i wizualnie satysfakcjonująco. W ten sposób można realnie czerpać z niego korzyści. 
 

Krem BB Lily Lolo ma ultra delikatne krycie, ale cudnie współpracuje z podkładem zwiększając jego możliwości i trwałość. Skóra jest w pełni ujednolicona pod względem kolorytu i struktury, a wszelkie niedoskonałości są skutecznie poprawione. Uwielbiam to połączenie!

Solo krem BB kryje prawie niezauważalnie na pierwszy rzut oka, jednak wystarczy aplikować go na połowę twarzy i porównać z drugą, bez make upu, by zauważyć jakie ma właściwości. Jeśli cera jest w dość dobrym stanie (nie tuż po świątecznym obżarstwie) subtelny efekt ujednolicenia jest w porządku na co dzień, na sytuacje "bez okazji". Dość fajnie radzi sobie również z zaczerwieniami.

Ma świetny skład! Prócz kilku fajnych olejów zawiera witaminę E, sproszkowany aloes i olejek manuka słynący z właściwości antybakteryjnych i porównywany w działaniu do niezawodnego olejku z drzewa herbacianego. Ogólny zapach BB jest ładny jednak manuka dodaje mu odrobinę nieprzyjemnych tonów (tak, manuka nie jest pięknie pachnącym olejkiem, jak wszystko co leczy skórę). Zwykle wrażliwość na zapachy nie pozwala mi na korzystanie z tego typu dobrodziejstw jednak bardzo lubię, gdy są "przemycane" do kosmetyków w takiej postaci.


Zwykle, gdy kosmetyki wywołują u mnie jakiekolwiek emocje są to raczej emocje pozytywne (niewypały są pomijane milczeniem i wyrzucane z pamięci). W tym przypadku - po kilku pierwszych podejściach do kremu BB poczułam się kosmetycznie spoliczkowana, ale szybko wyciągnęłam wnioski. Wdrożyłam kilka zmian w pielęgnacji strefy T i muszę też przyznać, że dziwnym sposobem ten BB jest dla mnie motywacją do dążenia i utrzymania ładnej cery. 

Co prawda od momentu gdy odkryłam jak pięknie współpracuje z gąbeczką nie mam już kłopotów z podkreślaniem niedoskonałości, ale bardzo polubiłam te momenty, w których mogę skorzystać z delikatnego krycia BB i czuję się dobrze. Wiem, że skóra jest w tak dobrym stanie, że mogę wybrać opcję minimalistyczną i czuję satysfakcję.

Czy to jest normalne? Lub chociaż brzmi logicznie? :D

grudnia 22, 2018

Lily Lolo Sculp & Glow

Lily Lolo Sculp & Glow
Zapewne u większości z Was trwają świąteczne przygotowania. Jednak na wolną chwilę relaksu zostawiam Wam do przeczytania kilka słów o kolejnym sympatycznym i łatwym w obsłudze produkcie Lily Lolo - zestawie do konturowania Sculp & Glow ;)

Lily Lolo Sculp & Glow zestaw do konturowania

Lily Lolo Sculp & Glow 


Choć bronzer w zestawie Sculp & Glow wydaje się dość ciemny i wręcz może nieco ceglasty, na skórze wygląda zupełnie naturalnie. Definitywnie ma ciepły odcień, ale pięknie współgra nawet z jasną i dość bladą karnacją - nie jest ani zbyt pomarańczowy, ani zbyt zgaszony. 

Dwie lekkie warstwy w zupełności mi wystarczają, by nadać satysfakcjonujący efekt ocieplenia cery i lekkiej poprawy kształtu twarzy. W zależności od upodobań efekt oczywiście można stopniować i choć nie kombinowałam w tym aspekcie zanadto, mam wrażenie, że naprawdę ciężko byłoby nabawić się nieestetyczych plam za pomocą tego produktu. Bardzo łatwo stapia się ze skórą.

Bronzer z zestawu Sculp & Glow jest dla mnie bardzo miłą odmianą od produktów, z którymi do tej pory miałam styczność, m.in mocno pomarańczowego Poi-Pular Shores Everyday Minerals i blogowych hitów - Kobo i Bahama Mama.

Lily Lolo Sculp & Glow zestaw opinie

Rozświetlacz również wydaje mi się bardzo uniwersalny w swoim odcieniu. Ostatecznie zestaw Sculp & Glow występuje w jednej kolorystyce, sądzę więc, że producent musiał maksymalnie starać się wyjść na przeciw potrzebom wszystkich typów skóry. 

O tym, że kocham rozświetlające drobinki w wydaniu Lily Lolo to już na pewno wspominałam. Nie inaczej jest w przypadku tego rozświetlacza. Nie jest przesadzony, daje wrażenie aksamitnej skóry. Cenię go również za to, że trzyma się w jednym miejscu - nie osypuje się nigdzie, a po prostu subtelnie podkreśla kości policzkowe.


Zarówno bronzer jak i rozświetlacz z zestawu Sculp & Glow trzymają się na mojej skórze praktycznie cały dzień i do końca prezentują się bez najmniejszych zarzutów. Nie wiem jakie wymagania mogą mieć osoby, które posiadają duże doświadczenie i nie wyobrażają sobie makijażu bez konturowania, ale początkującym w tym temacie polecałabym ten zestaw gorąco.

Chętnie dowiem się jaki Wy macie stosunek do konturowania twarzy na co dzień :)
A jeśli jesteście posiadaczkami zestawu Lily Lolo koniecznie dajcie znać jakie macie wrażenia!

grudnia 18, 2018

Zimowa pielęgnacja

Zimowa pielęgnacja

O ile jesienią ominęły mnie wszelkie spadki nastrojów, tak ostatnio zdałam sobie sprawę, że w kwestii nowostek kosmetycznych ogarnęła mnie stagnacja. Te kilka dobrych miesięcy nie odczuwałam najmniejszej potrzeby nabywania czegokolwiek, bo też nic nie wzbudzało zanadto mojej ciekawości, a skóra nie wnosiła żadnych nietypowych żądań.

Początkiem grudnia trafiło do mnie jednak kilka produktów, które na nowo wzbudziły ciekawość. Dziś będzie między innymi o nich ;)



Avalon, żel Brilliant Balance


Po recenzji żelu Avalon z witaminą C obecność wersji lawendowej w tym zestawieniu zapewne nikogo nie zdziwi. Brilliant Balance, podobnie jak witaminowy poprzednik, służy mi zarówno do demakijażu, jak i do mycia twarzy o poranku. Skutecznie oczyszcza skórę nie pozostawiając nadmiernego ściągnięcia, a przy tym posiada świetny i bogaty skład.


Andalou, tonik 100 Roses


Tonik Andalou w wersji 1000 Roses przybył do mnie w pysznej paczce od Anuli. Przypomniał mi, że po wersji Age Defying miałam ochotę na sprawdzenie wszystkich pozostałych. 1000 Roses jest równie piękny pod względem składu jak jego poprzednik. Wyróżnia się jednak znacznie ładniejszym, delikatnie różanym zapachem (Age Defying z był geraniowo-ziemisty) i łagodzącym działaniem.


94B Handmade, mydło siarkowe 7%


Poza kilkoma incydentami z próbkami nie miałam w zwyczaju stosować mydeł w codziennej pielęgnacji. Wychodziłam z założenia, że ich wysokie ph nie jest najlepszą rzeczą jaką można zafundować skórze, ponadto uczucie ściągnięcia po umyciu twarzy było dla mnie zwykle nie do zniesienia. 

Siarkowe mydło 94B Handmade, które przyniósł mi Mikołaj w osobie Gosi nieco odmienia mój dotychczasowy pogląd. Przede wszystkim mydło jest mocno przetłuszczone i nie pozostawia uczucia dyskomfortu. Teoretycznie nie jest przeznaczone dla mojej skóry, a raczej trądzikowej, tłustej i ze zmianami chorobowymi. Jednak opis producenta uwzględnia również zastosowanie w przypadku AZS, które to jest raczej przypadłością skóry suchej, w związku z czym wiedziona ciekawością używam go co kilka dni.

Zapach, jak można się domyślać, kojarzy się z wodą uzdrowiskową. Drobinki widoczne na zdjęciu są bardzo delikatnie wyczuwalne w dłoniach, a w jeszcze mniejszym stopniu po spienieniu, na skórze. Po kilku użyciach zrobiłam zdjęcia i więcej wrażeń zostawię na rzecz pełnoprawnej recenzji ;)


La Le, Suflet z glinką i czarnuszką


To druga ciekawostka wydarta ze ślicznych pakunków Gosi. Trafiła do mnie perfekcyjnie w momencie, gdy tłustsze mazidła dobiły dna, a ja byłam na etapie zastanawiania się co by tu teraz.. 

Suflet La Le jest dość nietypową recepturą. Wydaje się być dość sensowną odpowiedzią na potrzeby skóry tłustej i problematycznej (choć ten olej lniany to jednak chyba jest dość komedogenny?), ale i mi ostatecznie spodobał się tak bardzo, że sięgam po niego codziennie. Działanie glinek jest wyczuwalne momentalnie po nałożeniu kremu - ja za każdym razem odczuwam charakterystyczne, delikatne szczypanie.

Suflet świetnie matuje strefę T i znacznie przyśpiesza wchłanianie lepkiej formuły serum różanego (o którym poniżej). Mimo to nie przesusza, a raczej normalizuje. 


W Organics, Cactus Smoothie


Czyli moje nowe dziecko :) Pisanie o nim powoduje u mnie niekontrolowany ścisk w żołądku więc tradycyjnie ostateczną ocenę jego działania pozostawię użytkownikom. Powiedzieć mogę jednak o funkcjach i ogólnym zamyśle, który towarzyszył jego tworzeniu. 

Bo Cactus Smoothie swoją koncepcją odbiega nieco od pozostałych produktów. Znajdziecie w nim olej z opuncji, malin i dzikiej róży, ekstrakt z żeń-szenia, jagód goji, granatu i rozmarynu, a także koenzym Q10 i działającą z nim w symbiozie witaminę E. Wszystko to okraszone owocowym zapachem grejpfruta z olejkiem z drzewa różanego. 

I jak już się zapewne domyślacie jego głównym zadaniem jest działanie antyoksydacyjne jednak może zaskarbić sobie Wasze uznanie również delikatnym wpływem na koloryt cery i milusim efektem zmiękczenia i wygładzenia skóry :)


Aromatica Rose Absolute First Serum


I raz jeszcze będzie o Gosi :D Bo to właśnie od niej dostałam próbkę i zapragnęłam tego więcej! 

Rose Absolute to mocno nawilżające serum z łagodzącą betainą i allantoiną oraz rozjaśniającą witaminą B3. Pozostawia lepką powłoczkę, do której mam najwyraźniej jakieś dziwaczne upodobanie, bo zawsze staram się mieć coś takiego w swojej pielęgnacji. 

Pięknie współgra z Cactus Smoothie - tworzy nawilżającą bazę dla olejów, które to z kolei zabezpieczają skórę przed utratą wody na dłuższą metę. Fajnie dogaduje się też z Sufletem La Le, które momentalnie normalizuje skórę przyśpieszając wchłanianie wspomnianej powłoczki i umożliwia wykonanie makijażu natychmiast, jeśli tego aktualnie potrzebuję.


Evolve, Radiant Glow


Radiant Glow to typowo relaksacyjna czekoladowa maseczka o działaniu odżywczym i peelingującym. Pokochałam ją już od próbeczki. 

Drobinki peelingujące w postaci łupin kokosa i ziaren kakao są idealnie wyważone - złuszczają skórę porządnie, ale nie agresywnie, pozostawiając skórę gładką i odżywioną.

Więcej juz wkrótce w osobnym poście ;)

Ilcsi, Rose Hip & Maize


Różano -kukurydziana maseczka Ilcsi to mikołajkowy prezent-mistrz od Moni. Ta maseczka to jest kosa! Bestialsko piecze za każdym razem kiedy po nią sięgam, ale efekty są tego warte.

Zawiera zarówno pestki kukurydzy, które mają pełnić rolę peelingu mechanicznego, jak i kwas mlekowy. I to ten drugi składnik jest moim zdaniem tak efektywny, bo nawet po kwasie glikolowym w toniku Alpha-H nie widzę tak ładnych rezultatów. Skóra jest wyraźnie rozjaśniona, gładka i promienna, a wszelkie zmiany znacznie wyciszone. Najchętniej sięgałabym po nią codziennie, ale mam obawy, że spaliłabym twarz ;)


Do powyższego zestawienia mógłby dołączyć jeszcze krem pod oczy 100% Pure, ale mam go już tak długo, że mam wrażenie, pojawiał się już milion razy. O pielęgnacji skóry wokół oczu porozmawiamy zatem jak uda mi się wreszcie wykończyć tą niecną mini wersję, która twarzyszy mi (sic!) od roku.

Sponsorami postu o zimowej pielęgnacji były: Anula, Gosia i Monia :D 

A jak to wygląda u Was tą mroźną porą? ;)

grudnia 09, 2018

Lily Lolo szminka Romantic Rose

Lily Lolo szminka Romantic Rose
Lily Lolo szminka Romantic Rose swatche

Co można napisać o szmince? Toż to produkt, który nadaje ustom lepszy koloryt, ot co. 

No chyba, że weźmiemy pod uwagę różnice między rozmaitymi produktami tego typu. Różnice, które potrafią diametralnie odmienić podejście do używania szminek w codziennym makijażu. 

Mi, przykładowo, szminki kojarzą się głównie z przesuszeniem ust i kłopotem w doborze koloru pasującego do urody. Znacznie bardziej przemawiały do mnie lekko koloryzujące pomadki przez wzgląd na właściwości pielęgnujące i naturalny, delikatny efekt. Szminka Lily Lolo leży gdzieś pomiędzy. Nadaje stosunkowo mocny i wyraźny kolor zachowując pełnię właściwości odżywczych niczym balsam do ust. I w zasadzie w tym momencie zarówno moje szminki jak i odżywcze pomadki są mi permanentnie zbędne.

Lily Lolo szminka Romantic Rose opinie blog

Lily Lolo szminka Romantic Rose


Mam nieodparte wrażenie, że wybierając kolory z asortymentu Lily Lolo można spokojnie zaszaleć, bez obaw, że któraś ze szminek się nie sprawdzi lub nie będzie pasowała. Przede wszystkim ze względu na to, że intensywność odcieni na ustach nie jest zobowiązująca - pierwsza warstwa szminki jest bardzo subtelna i nadaje delikatny kolor wbrew temu co sugeruje mocny kolor sztyftu. Efekt można stopniować (jak to zwykle bywa w przypadku naturalnych kosmetyków makijażowych) nakładając kolejną warstwę szminki po wcześniejszym przyciśnięciu chusteczki do ust. Jednak w moim przypadku jest to zupełnie zbędne, bo na co dzień jedna warstwa wygląda pięknie i naturalnie.

Romantic Rose ma odcień karminowy z odrobiną brzoskwiniowego pigmentu i nadaje ustom delikatny połysk. Ale bez obaw, ja też nie znoszę się świecić. Mimo to straszliwie lubię dyskretnie błyszczące drobinki w wydaniu Lily Lolo. Podobny efekt daje satynowy róż Oh La La i połyskujące cienie w paletce Sweet Nothings. Jest po prostu ultra-subtelny i nie nagabujący, nie da się go nie lubić. Nawet jeśli całe życie jest się przekonanym, że się nie lubi (mówi to osoba, która zawsze wybierała najbardziej płaski mat z możliwych. w całej kolorówce. a potem była zadziwiona, że coś niezdrowo wygląda).

Lily Lolo naturalna szminka Romantic Rose dobry skład

Lily Lolo, Romantic Rose - skład


Wspomniane wcześniej właściwości pielęgnujące szminka zawdzięcza kompozycji oleju jojoba, rycynowego, trzech rodzajów wosków i lanoliny. Podobne zestawienie składników mamy w naturalnych balsamach do ust. Dzięki temu połączeniu moja Romantic Rose zupełnie zwalnia mnie z obowiązku używania pomadek ochronnych. Poważnie. Bywa, że używam jej raz dziennie przed wyjściem z domu, a w trakcie dnia zupełnie nie myślę o pielęgnacji czy malowaniu ust. I nie mam z nimi żadnych kłopotów. Dla porównania ostatnie mrozy całkiem skutecznie zniszczyły mi dłonie, a i skóra ciała daje się we znaki o tej porze roku.

Szminki Lily Lolo posiadają też właściwości antyoksydacyjne dzięki zawartości witaminy E i C oraz ekstraktu z rozmarynu. Część z Was potraktuje to zapewne jako mało znaczący dodatek do pakietu funkcji i będzie to w pełni usprawiedliwione o ile jesteście w okolicach 20-stki. Do mnie natomiast niedawno dotarło, że bliżej mi do 30-stki niż w drugą stronę, w związku z czym na hasło "antyoksydanty" reaguję już raczej pytaniem czy można płacić kartą niż "meh, ok.". Innymi słowy - polecam cenić, nie gardzić. Nawet w przypadku szminki.

Lily Lolo szminka Romantic Rose opinie

Romantic Rose Lily Lolo jest godna polecenia pod każdym względem i bez wątpienia dołączy do moich ulubieńców roku. Kolorystycznie jest bardzo uniwersalna, podobnie jak róż Oh La La. Z tego co zauważyłam już na etapie wybierania szminki karminowo - brzoskwiniowy odcień zmienia się zależnie od urody. W moim chłodnym z natury przypadku szminka jest bardziej karminowa, z delikatnym ciepłym odcieniem, z kolei przy ciepłych typach urody wygląda bardziej brzoskwiniowo. 

Przyznam, że nie wiem jak długo szminka utrzymuje się na ustach, bo będąc człowiekiem funkcjonującym w braku poczucia godzin ciężko mi się na tym skupić, ale nigdy nie zdarzyło mi się rozmazać, ani przykoloryzować sobie zębów (a często mam poczucie, że mam balsam na ustach więc zupełnie nie zwracam uwagi na to co robię), mogę zatem zapewnić, że schodzi niezauważenie i bez nieestetycznych pozostałości

No i kto by pomyślał, że tak emocjonalnie uzewnętrznię się w temacie szminki.
Dajcie znać jakie macie opinie odnośnie pomadek Lily Lolo lub też czy powyższa recenzja zachęciła Was, by przyjrzeć im się bliżej (no jeśli nie to już naprawdę nie wiem jak mam wytłumaczyć, że ona po prostu jest super ;D).
Copyright © 2016 Le Bleuet Blog , Blogger