sierpnia 05, 2018

Pony Hutchen, dezodorant A Perfect Match(a)

Pony Hutchen, dezodorant A Perfect Match(a)
Pony Hutchen, dezodorant A Perfect Match(a) działanie opinie nowa wersja

Ileż ja się naczytałam o Pony Hutchenach zanim wreszcie dorwałam własny! Kiedy pyta się entuzjastki kosmetyków naturalnych o porządny, skuteczny dezodorant najczęściej pada właśnie ta marka. I właśnie ten zapach - Perfect Match(a).

Czy ten wybór rzeczywiście ma sens? Szczególnie wziąwszy pod uwagę dość wysoką cenę? Zależy czego szukacie. Dezodoranty bez aluminium nie blokują wydzielania potu (to nie antyperspiranty), a wyłącznie zapobiegają nieprzyjemnym zapachom dzięki funkcji antybakteryjnej.

Powiedzmy sobie szczerze, że są znacznie bardziej upierdliwe, bo w przypadku niepoważnie wysokich temperatur - jakie na przykład od ponad tygodnia funduje nam lato - najlepiej jest je aplikować co najmniej dwa, jak nie trzy razy dziennie. Jednak przy zachowaniu tej zasady oraz pamiętając o tym, że dezodorant aplikujemy na suchą skórę (o czym wspominała Emza) Pony Hutchen sprawdza się naprawdę godnie. Nawet w najgorszych warunkach. Z kolei w tych bliższych normalności jest w stanie działać cały dzień po porannej aplikacji.

Jedyne zarzuty, z którymi można się spotkać w przypadku dezodorantów Pony Hutchen to rozwarstwianie konsystencji, które miało miejsce w przypadku starych opakowań. Nowa wersja absolutnie się nie rozwarstwia więc najwyraźniej były to zmiany na lepsze (tylko uroczych pakowań odrobinę szkoda).  

Pony Hutchen, dezodorant A Perfect Match(a) - skład inci

To nie miejsce, bym rozwodziła się nad szkodliwością soli glinu w tego typu produktach. Ten wybór pozostawiam Wam (acz jak już zaczniecie szukać informacji i okaże się jak niewiele wiadomo odnośnie bezpieczeństwa i wydalania z organizmu tego składnika to raczej nie będziecie już chcieli wracać do drogeryjnych antyperspirantów ;D) Jeśli czytacie ten post to prawdopodobnie szukacie godnego dezodorantu bez aluminium. Albo macie ogromną ochotę na zapach zielonej herbaty z piżmem. W obu przypadkach bardzo zachęcam Was do zakupu! ;)

Pony Hutchen zawiera składniki pochłaniające sebum - mąkę kukurydzianą, tlenek cynku (CI 77947) i białą glinkę, które sprawiają, że w normalnych warunkach skóra pozostaje sucha (nienormalne warunki to uprawianie sporów wszelakich i temperatura, w której mi osobiście gotuje się mózg czyt powyżej 30 stopni). 

Zawiera również składniki antybakteryjne - olej kokosowy i sodę oczyszczoną, powszechnie stosowane w tego typu produktach. 

To co wyróżnia Pony Hutcheny to składniki pielęgnujące skórę i zapobiegające podrażnieniom, które czasem powodować może na przykład soda. To masło shea, olej z kapusty (cóż za ciekawy wybór! :D), olej roślinny i macadamia. 

Jeśli chodzi o zapach.. mnie zauroczył od pierwszego wąchnięcia. Ciężko określić go precyzyjnie, ale na pewno jest świeży, lekki.. piękny! No taka ożywcza zielona herbata i piżmo czyli nuty ciepłe, słodkawe, zmysłowe (cytrusów tam nie czuję). 

Jeśli macie na niego ochotę - dorwiecie go w Bioanie lub Biorganic. A jeśli wolicie coś tańszego - mój chłopak bardzo poleca Ziona z Iherb. I ja też polecam za zapach ;D Utrzymuje się nawet po wypraniu ubrań. A faajny jest. Innych dobrych opcji na ten moment nie uświadczyliśmy. Ale jeśli macie jakieś fajne propozycje - chętnie sprawdzimy! :) 

Jakie dezodoranty wybieracie letnią porą? :)

lipca 10, 2018

Trawiaste szampon Topola, Tatarak, Jemioła - na orzechach piorących!

Trawiaste szampon Topola, Tatarak, Jemioła - na orzechach piorących!
Trawiaste szampon roślinny Topola, Tatarak, Jemioła - na orzechach piorących!

Długo opierałam się Trawiastym, mimo że formuły i składy bardzo mnie ciekawiły. Z tego co się orientuję kosmetyki nie są wprowadzone do obrotu, w związku z czym używamy ich "na własne ryzyko". 

W tym konkretnym przypadku ma to jednak swoje zalety, bo autorka marki ma możliwość tworzenia ze świeżych, nazbieranych własnoręcznie ziół i oferowania sezonowych nowostek.

Trawiaste dodatkowo inspiruje ideą zero waste. Nie wiem czy specjalnie czy nie. Ale wszystkie słoiczki i buteleczki są szklane, a w nich formuły -na moje oko- zupełnie nieszkodliwe dla środowiska, a wręcz funkcjonujące z nim w symbiozie. Gdybym miała jechać w jakieś góry i łąki to w ramach higieny osobistej wzięłabym pewnie właśnie Trawiaste. 

Trawiaste szampon roślinny Topola, Tatarak, Jemioła skład inci

Trawiaste szampon Topola, Tatarak, Jemioła


Jeśli chodzi o skład szamponu - przyznaję (trochę nawet ze wstydem), że póki co nigdy nie używałam aż tak naturalnego zestawienia. Topola, jemioła, tatarak, kolendra z czerwoną glinką, witaminą B5 i olejem z czarnuszki wielowymiarowo dbają o skórę głowy. 

Za samo oczyszczanie odpowiada natomiast glukozyd kokosowy i orzechy piorące! Można bez detergentów? Można, szampon myje wyśmienicie! Moja skłonna do wydziwiania skóra głowy wydaje się być zupełnie usatysfakcjonowana więc i każda mniej kapryśna powinna być zadowolona.

Śmiem wręcz twierdzić, że tego typu produkt może na dłuższą metę unormować pracę gruczołów jeśli ktoś z Was ma kłopoty z nadmiernym przetłuszczaniem. Jako że nie szorujemy skóry standardowymi substancjami myjącymi, nie naruszamy bariery ochronnej - pozwalamy skórze pracować w naturalny sposób i zapobiegamy nadmiernej produkcji sebum. Ale to moje dywagacje. Na pewno warto spróbować na sobie.

Trawiaste szampon roślinny Topola, Tatarak, Jemioła legalne?

Na rzecz pięknego składu jak zwykle trzeba jednak odpuścić trochę w kwestii komfortu użytkowania. Ci z Was, którzy przyzwyczajeni są do normalnych szamponów mogą mieć początkowe kłopoty z aplikacją produktu na skórę głowy. Bo konsystencja przypomina glutek lniany. Trzeba więc nakładać go na poszczególne partie skóry i dopiero rozmasowywać tworząc pianę. 

Trzyma się go chwilę na głowie, po czym spłukuje i.. znów kłopoty, bo włosy są splątane na maksa. Więc pewnie w większości przypadków bez odżywki się nie obejdzie, acz jak się ma sporą cierpliwość i nerwy - rozczesać to to też się da ;) Uczciwie ostrzegam, ale i zazanaczam, że wszystko jest kwestią przyzwyczajenia (ja już na przykład prawie nie pamiętam jak się normalnych szamponów używa ;) ).


Podsumowując - jestem bardzo zadowolona, a wręcz zainspirowana do tworzenia własnej receptury bez detergentów zgodnie z ideą zero waste. Tak. Bo mnie coraz bardziej wyrzuty sumienia cisną (Dlatego też zakupów i denek nie ma. Z tych wyrzutów. Poza tym Agnieszka i tak wszystkie denka na głowę bije). Mam już mydlnicę, jeszcze dziś będę kombinować :D

Znacie Trawiaste? Co myślicie? ;)

lipca 05, 2018

Couleur Caramel, Mascara Backstage BIO

Couleur Caramel, Mascara Backstage BIO
Couleur Caramel, Mascara Backstage opinie

Te z Was, które postanowiły przejść na naturalne kosmetyki do makijażu na pewno zrozumieją moją ekscytację wobec tuszu do rzęs, który rzeczywiście nadaje piękny, wyraźny efekt posiadając jednocześnie zdrowy skład. Znalezienie takowego nie jest łatwe, a w związku z tym, że stosunkowo sporo producentów podejmuje się tematu maskar - szansa, że trafi się na opcję idealną jest dość mała i łatwo się zniechęcić. 

Śmiem twierdzić, że liczba realnie porządnych produktów może być liczona na palcach jednej ręki. Szczęśliwie mamy Agnieszkę, która z zamiłowaniem wynajduje i sprawdza najciekawsze wersje tuszów! Maskara Backstage Couleur Caramel to właśnie jej odkrycie.

I jak już zdradziłam się w pierwszym zdaniu - to będzie krótka recenzja złożona z samych ochów i achów ;)

Couleur Caramel, Mascara Backstage skład inci

Couleur Caramel, Mascara Backstage


Tusz Couleur zawiera w składzie m.in wodę różaną, wosk Carnauba, glinkę bentonitową, masło shea, olej arganowy i witaminę E. Pozostałe składniki tworzące konsystencję i budujące intensywność koloru są jak najbardziej w porządku i nie znajdziecie tu nic, do czego możnaby się przyczepić. 

Owszem, perfekcyjnie byłoby gdyby produkty Couleur Caramel nie zawierały surowców z oleju palmowego, ale to kwestie ideologiczne, nie zdrowotne. 

Couleur Caramel, Mascara Backstage recenzja blog

Jeśli chodzi o szczoteczkę to początkowo wzbudzała u mnie przerażenie. Toż tych włosków prawie nie widać nawet, jak niby miałyby wpasować się w kształt rzęs, a co więcej - nadać im objętość i grubość? Bzdurne moje obawy. Szczoteczka jest delikatnie ruchoma, a włoski na tyle optymalnie skonstruowane, że z łatwością radzą sobie z rozczesywaniem rzęs.

Z maskarą Backstage trzeba się początkowo dotrzeć. Tj. tuż po otwarciu tusz jest nieco lejący, może się rozmazywać i odbijać pod okiem. Po kilku aplikacjach konsystencja nabiera perfekcji i żadna z tych rzeczy nie ma szansy mieć miejsca. Backstage nigdy mi się też nie osypał, po prostu idealnie trzyma się rzęs. 

A efekt? Pięknie pogrubione i wydłużone rzęsy bez zbędnego wysiłku i kombinacji. Nie ukrywajmy, że ulewne deszcze mogą wszystko popsuć, ale w normalnych warunkach - maskara jest nie do zdarcia. Używam jej od trzech miesięcy i dopiero pomału zaczyna się grudkować. 

Dodatkowym, bezsprzecznym atutem tuszu Couleur jest piękne tekturowe opakowanie, które chce się non stop macać i oglądać ;)

Podsumowując - to już drugi (po paletce do brwi) produkt Couleur Caramel, który urzekł mnie zupełnie. Przyłączając się do Agnieszki - polecam najserdeczniej! Kupicie go na przykład o tu.

Znacie markę? 
Stosujecie naturalne kosmetyki również w codziennym makijażu? :)

lipca 01, 2018

Orientana, Hydrokuracja z Szafranem Kumkumadi

Orientana, Hydrokuracja z Szafranem Kumkumadi
Orientana, Hydrokuracja z Szafranem Kumkumadi opinie blog

Hydrokuracja z Szafranem Orientany przyciągnęła moją uwagę za sprawą zdjęć napotkanych gdzieś w sieci. Nietypowa konsystencja i soczysty kolor sprawiły, że nie zupełnie nie potrafiłam przejść obojętnie i zgarnęłam ją przy okazji zakupu ukochanego tuszu Couleur

Nigdy nie czytam opisów producenta (choć pewnie wreszcie powinnam zacząć) - mówią do mnie obrazki i składy, a nadzieje buduję sobie sama. W tym konkretnym przypadku liczyłam na porządne nawilżenie, które sprawi, że w cieplejsze dni będę mogła odstawić wszelkie produkty kremopodobne. Z kolei wziąwszy pod uwagę kolor hydrokuracji miałam nadzieję, że ogólny koloryt skóry zostanie (choć tymczasowo) ujednolicony. 

Orientana, Hydrokuracja z Szafranem Kumkumadi opinie

Orientana, Hydrokuracja z Szafranem Kumkumadi


Jeśli chodzi o poziom nawilżenia skóry - Orientanowa Hydrokuracja radzi sobie całkiem sympatycznie. Zapewne nie powinna być jedynym elementem pielęgnacji w ciągu doby (w moim przypadku na noc zawsze stosowane jest coś, co porządnie zabezpiecza skórę przed utratą wody), ale spokojnie stosuję ją solo pod makijaż i żadne przesuszenie nigdy nie miało miejsca. 

Trzeba odczekać chwilę, by konsystencja się wchłonęła, jednak po kilkunastu minutach spokojnie nakładam podkład czy krem BB i całkiem godnie trzyma się twarzy. 

Jeśli chodzi o poprawę kolorytu to efekt jest, ale tymczasowy, czyt. aż do zmycia Hydrokuracji ze skóry. Jest mniej widoczny niż olej z marchewki i trzeba mocno się skupić, żeby go wychwycić, ale może to i lepiej, bo zapewne żółtawa powłoczka nie wszystkim by odpowiadała. 

Hydrokuracja pachnie, moim zdaniem, kadzidłowo, ale okazuje się, że można ten zapach polubić. Powłoczka, którą tworzy też nie jest uporczywa, jak to czasem miewają w zwyczaju produkty z dużą zawartością gliceryny. Nie tworzy lepkiej, świecącej warstwy - jest matowa, ale poziom nawilżenia i odżywienia skóry jest jak najbardziej satysfakcjonujący. 

Orientana, Hydrokuracja z Szafranem Kumkumadi - Skład INCI

Szafranowa hydrokuracja bazuje na wodzie różanej. Gliceryna, która znajduje się już na kolejnym miejscu nadaje konsystencji lepkości, ale nie na tyle dużej, by używanie było w jakimkolwiek stopniu nieprzyjemne. Cała reszta to bogactwo ekstraktów! Jest aloes, lukrecja, kurkuma, zielona herbata, marzanna, sandałowiec, ogórek, guma kamforowa, brahmi, szafran i mięta.

Ogólna ideologia marki Orientana bardzo do mnie przemawia. Sam fakt, że wszystkie kosmetyki produkowane są w Indiach wywołuje miłe wrażenia, a dodając do tego moc ekstraktów, z których producent zawsze korzysta - ja jestem kupiona. 

Hydrokuracja jak najbardziej spełniła wyznaczone jej zadanie i jeśli jesteście odporni na intensywne zapachy w codziennej pielęgnacji - bardzo polecam spróbować, koncept jest naprawdę ciekawy!

Znacie Orientanę?
Jakie macie odczucia? :)

czerwca 18, 2018

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy
Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C

O Viankowym eliksirze wspominałam już wstępnie przy okazji kwietniowych nowości. Wspominałam również, że pomimo dość znikomej znajomości produktów tej marki - nigdy nie przejawiałam niepowstrzymanej ochoty na ich zakup. Nie kwestią jest ich niska cena, bo istnieją produkty tanie a dobre (choć owszem, chyba należą do rzadkości). 

Kwestią może być zwyczajny brak przekonania do marki i wewnętrzne przeczucie, że to marka dość przeciętna z natury. Gdybym jednak miała wybrać jeden produkt z całego Viankowego asortymentu zapewne padłoby właśnie na Eliksir z witaminą C. Eliksir w samym swoim wydźwięku chwyta za uszy, a witamina C.. czasem działa ;D 

Mój Vianek jest dostany (za co sympatycznie dziękuję) jednakże nie mogę sobie odpuścić maruderstwa :D

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C opinie

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C


Eliksir pod względem wydajności i aplikacji przywołuje na myśl oleje - wystarczą ze dwie krople, by pokryć całą skórę twarzy. W tym miejscu muszę się z Viankowym producentem zgodzić. 

Po chwili jednak skóra zaczyna się ściągać i lepić, co podczas pierwszych aplikacji przywołuje skojarzenia z klejem. I nie wiadomo czy skóra oddycha czy już się udusiła. Ściągnięcie powoduje chęć sięgnięcia po krem jednak po chwili powraca już świadomość co to mimika. Zbyt ciężki krem nie będzie pasował do eliksiru, prędzej coś lekkiego. Trzecia opcja to przetrwać początkowy dyskomfort nie dokładając niczego dodatkowo, by po chwili skóra wchłonęła klejową warstewkę. 

Jakkolwiek to nie brzmi z czasem jednak można przywyknąć do tej dość nietypowej konsystencji, a nawet nieco się z nią polubić. Zapach, mimo tego, że z naturalnym nic wspólnego nie ma, też jest całkiem przyjemny - słodki, trochę jak guma balonowa albo ylang ylang z czymś syntetycznym.

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir do twarzy z witaminą C skład inci blog

Działanie, skład


Jeśli chodzi o działanie.. liczyłam przede wszytkim na efekt rozświetlenia skóry i eliminację ewentualnych zaczerwienień. Na dłuższą metę niestety nie zauważyłam żadnego wpływu eliksiru na stan cery. A bardzo się skupiałam. 

Stężenie witaminy C jest takie samo jak w moim ukochanym kremie Mayki. Jednak w tym przypadku mamy do dyspozycji MAP (Magnesium Ascorbyl Phosphate), a nie SAP (Sodium Ascorbyl Phosphate). W związku z czym śmiem po raz kolejny stwierdzić, że SAP jest zdecydowanie lepszym wyborem pod względem efektywności. Albo, że Mayka po prostu jest znacznie lepiej dopieszczonym produktem. Całkiem prawdopodobnie - obie kwestie. 

Do ogólnego składu Vianka jednak przyczepić się nie mogę - w teorii jest całkiem sensowy, bo i nawilżacze posiada (kwas hialuronowy i glicerynę), i substancję łagodząco-regenerującą w postaci pantenolu, nawet i trzy ekstrakty: z miłorzębu, lukrecji i koniczyny. 


Zbierając myśli w kupę: powyższy Vianek zapewne i zasługuje na miano eliksiru, ale wyłącznie przez wzgląd na swoją nieporównywalną do niczego formułę (choć jakby go nazwano klej to pewnie też by mnie ciekawił). Nie poleciłabym go do walki z zaczerwieniami i  przebarwieniami, ale jeśli potrzebujecie czegoś stosunkowo taniego, niekonwencjonalnego w swojej formule, celem prewencji zmarszczkowej, to czemu nie ;) A nuż komuś z Was przypadnie do gustu (w zasadzie jest spora szansa, bo chyba tylko ja urodziłam się Sylvecową marudą). 

A btw dziś wchodzą do sklepów trzy nowe marki z szyldu Sylveco, wiecie? Ciekawi? Bo ja wbrew temu wszystkiemu co dziś tutaj skrzętnie naprodukowałam z zainteresowaniem będę obserwować jak się przyjmą :D Ostatecznie, wziąwszy pod uwagę rosnące zainteresowanie naturalną pielęgnacją, lepiej taką markę mieć na rynku niż jej nie mieć. Choć jej marketing ma swoje świetne i tragiczne strony.

czerwca 04, 2018

Andalou, czekoladowa maseczka Avo Cocoa

Andalou, czekoladowa maseczka Avo Cocoa
Do zakupu maseczki Avo Cocoa Andalou zmusiła mnie Anula. Tak. Gadka szmatka, hasło czekoladowa maseczka, spojrzenie na recenzję i pozamiatane. Jeśli obecnie zakup tej maseczki w Waszym przypadku nie wchodzi w grę to -uczciwie ostrzegam- nawet nie czytajcie. Ani mojej recenzji, ani Anuli. 

Andalou, Avo Cocoa - Age Defying recenzja blog

Andalou, Avo Cocoa - Age Defying


Zacznijmy od tego, że nakładanie maseczki to czysta, dziecięca radość. Bo które dzieco nie lubi bezkarnie upaprać się czekoladą po uszy? (co prawda zarówno ja jak i moja przyjaciółka preferowałyśmy markery jeśli chodzi o malowanie twarzy, ale normalniejsze dzieci pododobno przejawiają nieco łatwiej usuwalne umiejętności artystyczne). Maseczka Andalou to ewidentnie produkt, który uwzględnia wewnętrzne dziecko w dorosłej kobiecie.

Z taką czekoladą na twarzy można sobie siedzieć ile dusza zapragnie i zapewniam, że jest to najczystsza przyjemność. Nic nie zasycha, nie szczypie, po prostu pachnie, odpręża i pielęgnuje skórę. Producent zdaje się być w pełni świadomym, że nikt takiej maseczki po 10 minutach zmyć chciał nie będzie i zadbał o to, by nawet przy długotrwałym użytkowaniu nie pojawiały się żadne najmniejsze skutki uboczne.

Maseczkę stosuję przede wszystkim w momentach, gdy skóra potrzebuje porządnej dawki regeneracji, kiedy mam ogromną ochotę się zrelaksować albo gdy chcę pozbyć się wszelkich suchych skórek i miejscowych przesuszeń na rzecz wygładzonej i jednolitej cery. Sprawdza się pięknie na przykład w momentach, gdy jakieś zmiany alergiczne tudzież ranki za nic nie chcą się zagoić i zniknąć - czasem wręcz mam wrażenie, że skóra traktuję maseczkę jako impuls, że należy wreszcie podjąć jakąś próbę samonaprawy. 

Andalou, Avo Cocoa - Age Defying skład INCI recenzja

Skład (Inci)


Dwa pierwsze składniki maseczki to sok z aloesu i czyste kakao (a wersja z kwasem glikolowym już w ogóle jest mega, bo ma na przodzie dyniowe puree!). 

Funkcję odżywiającą skórę pełnią tu masła (shea i kakaowe) i oleje (słonecznikowy, z awokado i jojoba). Tradycyjnie są też komórki macierzyste roślin i ekstrakty: z trzciny cukrowej, kawy i białej herbaty. A jako, że maseczka skierowana jest dla skóry dojrzałej w składzie znajdziecie też koenzym Q10 w połączeniu z witaminą E, z którą działa w pięknej symbiozie.

Podsumowując: bardzo polecam! Zarówno pod względem maksymalnej przyjemności z użytkowania jak i w kwestii działania. Andalou robi robotę. Po raz kolejny :)

Znacie markę? Mieliście coś?
Czy dopiero nabraliście ochoty na jej sprawdzenie i zaczniecie od czekoladki? ;)

maja 31, 2018

Majowe nowości!

Majowe nowości!
Moja samoorganizacja leży na pysku i kwili. Co po blogu dość wyraźnie niestety widać. Oficjalnie zwalam na upały i nie przyjmuję do wiadomości, że problem może leżeć po mojej stronie.. :D A przecież mam w zanadrzu kilka fajnych produktów do recenzji! W maju nawet jeszcze trochę ich przybyło! 

Postaram się (nie obiecuję, coby się zanadto zobowiązująco nie deklarować :D) zabrać wkrótce za najciekawsze posty, ale najpierw rzecz najmilsza z całego miesiąca: zakupy, nowości i.. prezenty! ❤



Bo wiecie, że maj to najlepszy miesiąc w roku? Wtedy mam urodziny! :D Co prawda zaczął się dość nieprzyjemnie i stresująco, ale za to prezenty i życzenia wynagrodziły mi wszelkie małe, prywatne nieszczęśliwości.

Moje tegoroczne urodziny były zupełnie zdumiewające. Dostałam kilka paczuch-niespodziajek od dziewczyn, których teoretycznie nie znam, nigdy na oczy nie widziałam na żywo, a jednak czuję jakbym co najmniej od roku znała całkiem nieźle. Życzenia, które przyszły w paczkach były tak trafione jakby składał je ktoś kto zna mnie od podszewki, a prezenty skomponowane idealnie w moje potrzeby i upodobania. Jak się nad tym zastanawiam to dochodzę do wniosku, że to jednak jest niesamowite! :D 

Tym samym dziękuję Wam dziewczyny pięknie raz jeszcze! ❤ I już bez ckliwego uzewnętrzniania się pokazuję co pięknego w tym miesiącu trafiło w moje łapy :D



Po pierwsze: urodzinowy kubełek różnorodności od przyjaciółki. Praktycznie rzecz biorąc zadbała o to, by nie zabrakło mi niczego do żadnej części ciała :D 

A przede wszystkim dorwała upragnioną przeze mnie już długo herbatę genmaicha! I to nie taką chińską z pękniętym popcornem. Japońską, nieudawaną zieloną herbatę z prażonym ryżem, jedyną herbatę, którą jestem w stanie pić bez słodzenia (taka jest pyszna :D)! ❤

Jest też wychwalany przeze mnie ostatnio Benecos (zobaczymy czy kolorówka sprawdzi się równie dobrze jak dotychczasowe produkty pielęgnacyjne), spray aloesowy ze składem minimalistycznie pięknym (!) ii kilka innych dobroci, do których już zaczynam się dobierać!



Aneczka wysłała mi paczuchę jeszcze długo przed urodzinami, dzięki czemu mogłam rozpocząć świętowanie znacznie wcześniej! :D 

Zadziwiła mnie zupełnie 1,4-kilogramowym (!), kokoskowym peelingiem do ciała The Secret Soap Store. Choć wziąwszy pod uwagę Aneczkowe zamiłowanie do scrubów rodzaju wszelakiego teoretycznie aż tak zdziwiona być nie powinnam :D Powinien wystarczyć mi na jakieś 2 lata i świetnie się składa bo pachnie bosko i sprawdza się bardzo godnie!

Truskawkowe masełko Biolove pachnie z kolei dokłatnie tak jak jeden z moich ulubieńców od Nature Queen! Nie sądziłam, że jeszcze gdzieś znajdę ten zapach! Mam też jeden z bardzo lubianych olejów - brzoskwiniowy od Bydgoskiej Wytwórni Mydła i wielofunkcyjne masło shea od Sape :)



Anula, słynąca już w blogosferze z przepysznych przetworów owocowych obdarowała mnie przede wszystkim jednym ze swoich kulinarnych cudów - dżemorem z rabarbaru! Ale nie będę Wam robić smaka bo i tak nigdzie takiego nie znajdziecie :D Poodbnie jest z pozostałymi dwoma smakołykami, które zniknęły jeszcze tego samego dnia. Przepyszności!

A i suszów roślinnych i kwiatowych nigdy u mnie za wiele więc zawsze cieszą. Używam ich i do picia, do pielęgnacji i do kosmetyków. A kocanki to nawet w ogóle jeszcze nie miałam! 

Ach no i jeszcze szmatka Nacomi! Tak się składa, że ostatnio zastanawiałam się nad różnicą między bambusową, a muślinową, którą obecnie straszliwie lubię. No to będę miała okazję, żeby je sobie porównać :D



Monia sprezentowała mi najpiękniejszą drewnianą misę jaka była dostępna u Justyny Pielech. Ileż ja czasu czaiłam się na tego typu wyroby z ciemnego drewna! 

Wydaje mi się, że nie obnosiłam się z tymi swoimi pragnieniami jakoś nadmiernie.. a jednak Monia wiedziała! I na dodatek wybrała najlepiej! ❤ No piękna jest! Powiedzcie, że nie!



Gosia też zaskoczyła mnie totalnie! Do ostatniego momentu uparcie twierdziła, że nie wie co się dzieje i co to za paczka do mnie idzie. Naprawdę niezłe historie po drodze wymyślała.. :D

Na insta pokazywałam już jak piękny pakunek mi trafił do domu - każda rzecz osobno zapakowana w przeuroczy papier ozdobny. Piękna sprawa, a ile radości przy rozpakowywaniu! Dostała mi się czekoladowa Chic Chiq - jedyna, której jeszcze nie miałam i to jeszcze w pełnym wymiarze ❤ Aż już zaczęłam maseczkowanie.

Z kolei glinki bardzo chętnie wykorzystam do własnych kombinacji kosmetycznych. Podobnie jak suszów - glinek nigdy za wiele!


Paczucha od Agi to boska selekcja polskich marek i jeszcze bardziej boska kartka z życzeniami. W zasadzie pisząc ten post zajadam się widocznym powyżej karmelowym masłem fistaszkowym choć większą część życia byłam przekonana, że ja to nie bardzo lubię orzechy w takiej postaci. Aż tu nagle okazuje się, że nawet jakieś szczególne pomysły kulinarne nie były mi do niego potrzebne. Tylko łyżka :D

Mam też Ambrozję Miodowej Mydlarni! Pomijam już fakt, że bardzo lubię masełkowe konsystencje.. najpiękniejszy w tym wszystkim i niepowtarzalny.. jest zapach! Ta słodkość kompletnie uzależnia.

Do maseczki Mydłostacji też już zdążyłam się dorwać. Ale nie będę się tu rozgadywać na recenzję zostawię wszelkie wrażenia. Powiem tylko, że fajna bardzo :D
A krem Szmaragdowych Żuków to już zupełnie mistrzostwo. Od przeciekawego zapachu począwszy na świetnym działaniu skończywszy!


Aaa to już sama sobie sprawiłam :D Jak jeszcze nie wiecie to powiem Wam, że Pony Hutcheny są obecnie dostępne w Biorganic! ❤ Co oznacza, że wrocławianie mają opcję dorwać je stacjonarnie! Można też pójść Perfect Matchę powąchać ;D

I ja od tego największego klasyka właśnie zaczęłam swoją przygodę. Nie miałam zresztą nadmiernie wyboru, bo zachwalany wszem i wobec! 


A jak już mowa o Biorganic to tradycyjnie przemycam dodatkowo kilka pyszności, tym razem z innego działu niż kosmetyczny. Tulsi z różą jest herbatą absolutnie genialną, delikatną i przesmaczną. Ko-nie-cznie spróbujcie!

Podobnie jest z czekoladami Pacari. Nie jestem fanką ciemnej czekolady, ale wersję z marakują wszamałam bez opamiętania, mimo że wcale dla siebie do domu nie przyniosłam.. wersja z kawą skończyła podobnie. Podzieliłam się.. resztkami.

A owocki lifilizowane to dla mnie nowość. Kwaśnawe z natury, ale kompletnie uzależniające. Jak się już otworzy paczuszkę to się na sucho zjada całość. Mimo że można np. do owsianki dodać, do herbaty czy czegoś tam jeśli się ma zapędy kulinarne.


Couleur Caramel.. tak, powtórka z rozrywki, ale tym razem nie dla mnie, a dla mamy. Skoro już znalazłam tusz idealny to zdecydowanie będę polecać i kupować przy każdej możliwej okazji. No chyba, że Agnieszka jakiś jeszcze lepszy wynajdzie. Ale to nie będzie rzecz łatwa.


Na koniec smaczki z polecenia Agnieszki - smakowe kawy Coffe Rebels, które pomału zaczynają chyba zdobywać internety i ciekawostka w postaci zielonej herbaty Harmony z owocami. Wszystko pyszne więc do poleceń ogólnych jak najbardziej się przyłączam. Warto spróbować.

No i wsio. Mi się aż mordka cieszy. Wciąż. I to nie tylko dlatego, że właśnie wydziubałam pół wspomnianego słoika fistaszka. Piękne rzeczy mnie spotkały w tym miesiącu. Jednak pozostanie moim ulubionym!

Dajcie znać co Wam najbardziej przypadło do gustu! A może coś mieliście już we własnych łapkach? ;)

Copyright © 2016 Le Bleuet Blog , Blogger