maja 16, 2018

Obecna pielęgnacja twarzy

Obecna pielęgnacja twarzy

Ostatni post tego typu pojawił się w lutym. Przez ten czas miały miejsce pewne podmianki, a i potrzeby skóry nieco się zmieniły zważywszy na stosunkowo nagłe lato.

Wiem też, że kilka produktów z nowości Was interesuje, a coś mi ostatnio z recenzjami bardzo pod górę.. ;)


Oczyszczanie twarzy


Żel Avalon z witaminą C pokochałam od pierwszego użycia - działa łagodnie, ale skutecznie i każdorazowo umila oczyszczanie twarzy cytrusowo - witaminowym zapachem. Niby nic, a jednak poranki jakieś takie żwawsze się wydają ;) 

Zbalansowany skład, dodatkowo bogaty w ekstrakty, usuwa wszelkie zanieczyszczenia bez efektu nadmiernego ściągnięcia twarzy i jakiegokolwiek dyskomfortu. Brzmi pewnie trochę jak z reklamy, ale naprawdę nie wiem czego więcej mogłabym wymagać od żelu do twarzy. No może tylko tego, żeby nie psikał po ścianach i twarzach tak wprost. Z tym miewa kłopoty.

Żel Acure rozjaśniający, jak słusznie zauważyła ostatnio Gosia (Krytyk Kosmetyczny), w działaniu jest w zasadzie bardzo podobny do Avalonowego jednak zapachem nie dorasta mu do pięt. Czuję w nim drzewo herbaciane, co jest szczególnie irytujące bo nie widzę go w składzie (?!). 


Chusteczki Benecos to obecnie chyba najlepszy wybór z łatwo dostępnych produktów tego typu. Nie są tak tępe jak Alterra, a w porównaniu z opcjami typowo drogeryjnymi składowo wypadają o niebo lepiej.

Na początku są odrobinę za mocno nasączone, przez co jak coś wpływa do oka to raczej nie należy do przyjemnych, ale z czasem robią się całkiem w porządku. Nie zwalają z nóg, ale w tej cenie, z tym składem i z tą dość łatwą dostępnością są jak najbardziej godne polecenia.

Chęć posiadania szmatki muślinowej The Body Shop zasiała we mnie Agnieszka. Używam jej co prawda jak sobie przypomnę czyli najczęściej co kilka dni, ale cenię sobie ten koncept i uważam go za całkiem sensowny.

Szmatka jest jak najbardziej pomocna przy codziennym oczyszczaniu, ale jednocześnie wyraźnie wpływa na wygładzenie skóry twarzy. Może to zabrzmieć dziwnie, ale samo jej użytkowanie jest straszliwie satysfakcjonujące!


Tonizacja 


Do tonizacji służy mi obecnie Avalon z koenzymem Q10. Jest nieco specyficzny.. choćby dlatego, że się pieni. I pozostawia delikatnie lepką powłoczkę. Jednak ku własnemu zdziwieniu do piany szybko się przyzwyczaiłam, a i takie poczucie lepkości nigdy nie stanowiło większego problemu (do pewnych granic rozsądku).

Więc zdecydowanie da się go lubić, szczególnie wziąwszy pod uwagę fajny skład. Ja lubię. I polecam jeśli przemawia do Was zapach pod tytułem cytrusowa lawenda ;)


Serum & Hydrokuracja 


Orientanie powinnam wkrótce poświęcić osobny post. Wspominałam już o swoim wrażeniu, że produkty tej marki są jakby każdy z innej beczki? Zwykle w przypadku danej marki można znaleźć pewne spójne cechy. Choćby zapachy. Ale nie tutaj. Na przykład krem pod oczy pachnie delikatnie, białymi kwiatami, pianka do mycia twarzy - męską kompozycją z paczuli, peeling do twarzy - kremowo z nutami owocowymi.. a Hydrokuracja z Szafranem - mocnym kadzidłem. 

Da się jednak przywyknąć. Hydrokuracja ma formę pomarańczowego żelu, który początkowo pozostawia lepką warstwę, ale po pewnym czasie wchłania się zupełnie i pozostawia skórę przyjemnie odżywioną. Kremu praktycznie nie trzeba tu aplikować, ale niweluje przejściowe poczucie lepkości.

Serum Vianka z witaminą C jest znacznie bardziej lepkie i tu bez kremu aplikowanego na wierzch może być już ciężej. Przy pierwszych użyciach miałam wrażenie, że nakładam na twarz klej, który potem ściąga mi twarz. Mocniej odżywczy krem (czyt jeden z poniższych) załatwia ten problem i serum wchłania się bez zarzutów.

Przyznam, że nie spodziewałam się po nim cudów, a jednak całkiem go polubiłam! Wciąż jeszcze jest za wcześnie, by mówić o konkretnych efektach, ale codzienne użytkowanie szybko stało się bardzo przyjemne i całkiem możliwym jest, że serum zostanie oficjalnie uznane za godne polecenia ;D



Kremy do twarzy


Kremy nie są moim stałym elementem pielęgnacji, a jednak tymi dwoma zdecydowanie polecam się zainteresować.

Krem Collagen Boost Mayka miał już swoją recenzję więc więcej ochów, achów i szczegółów możecie przeczytać pod linkiem. Straszliwie go lubię i wcale nie przesadzę mówiąc, że to najlepszy krem jaki w życiu miałam. Konsystencja jest dla mnie idealna - nie za lekka, ale i nie na tyle ciężka, by skóra dusiła się pod warstwą kremu, działanie - podobnie, skóra jest gładka, odżywiona, ukojona, a wszelkie przebarwienia czy zaczerwienienia zdają się znikać odrobinę szybciej. Nawet zapach w dalszym ciągu podziwiam i uwielbiam!

Krem Dr Organic kokosowy zawdzięczam Gosi. Bardzo się cieszę, że trafił w moje ręce, bo również zdaje się wpisywać w większość moich twarzowych potrzeb. Jest naprawdę mocno odżywczy. Nawet dla mnie (a przecież zwykle marudzę, że mi za mało treściwości w kremach!). Tak więc ten konkretny krem stosuję wyłącznie na noc. Pierwszy raz w życiu zgodnie z zaleceniem producenta :D 

Zapach oczywiście skierowany jest do fanów aromatów kokosowych, z kolei działanie - do wszystkich, którzy mają kłopoty z miejscowymi przesuszeniami, ogólnie suchą skórą lub tych, którzy po prostu chcą zafundować skórze porządną dawkę odżywienia. Ze wszystkimi powyższymi kwestiami radzi sobie godnie!



Andalou, Avo Cocoa 


Małe mistrzostwo świata polecane przez Anulę - maseczka Avo Cocoa Andalou, która wygląda i pachnie jak czekolada! No przecież to jest pomysł genialny - odżywienie dla skóry, a dla zmysłów relaks i przyjemność. 

Jeśli chodzi o działanie to szczególnie zauważalne i najprzyjemniejsze jest poczucie wygładzenia skóry twarzy. Zgodnie z obietnicą producenta cera jest miękka, a nawet wydaje się dość dobrze oczyszczona, choć wcale nie w tym celu została stworzona. Nie zauważam, co prawda, obiecanego efektu dogłębnego odżywienia i blasku, ale muszę przyznać, że w momentach, gdy moja cera ma się gorzej, a wszelkie niedoskonałości zaczynają być irytujące - maseczka ratuje sytuację i poprawia stan skóry. A ten efekt znacznie bardziej sobie cenię. 


Tymczasem opowiadajcie - jak u Was obecnie wygląda pielęgnacja skóry? 
Jakieś zmiany? Nowości? Hity, które koniecznie trzeba sprawdzić? :)

maja 13, 2018

Kule musujące o zapachu bzu

Kule musujące o zapachu bzu

No i wpadłam w to robienie kul. Albo w sumie mnie wpadnięto, bo okazuje się, że wszyscy sobie takowe życzą.. :D 

Przy okazji wyszło na jaw, że jednak jestem w stanie zdradzić ukochane olejki eteryczne na rzecz kompozycji zapachowej. No ale powiedzcie czy propozycja zamknięcia czystego zapachu bzu w kulach kąpielowych nie brzmi straszliwie kusząco?

Zapach bzu, który dorwałam w przypływie entuzjazmu na Ecoflores do złudzenia przypomina takie świeże, stojące w wazonie gałązki. 


Więc jeśli jeszcze nie pokusiło Was na kule grejpfrutowe, rumiankowo-bazyliowe czy kakaowe to może właśnie wersja o zapachu bzu zachęci Was do własnoręcznego tworzenia tego typu umilaczy? :)

Proporcje są banalnie proste:

do tego olejek zapachowy, wybrany olej i woda do spryskiwania. Szczegóły tutaj.

Gorąco polecam! 
..Nawet mieszkanie nabrało zapachu bzu :)

maja 04, 2018

Nowości kwietnia

Nowości kwietnia

Po denku czas na nowości! 

Zwykle wydaje się ich mało, aż się ich nie zbierze w kupę. Wtedy tak nawet bardziej cieszą oczy.

Iherb i Biorganic chyba już zostaną moimi życiowymi dostawcami kosmetyków. Ale wziąwszy pod uwagę bogaty asortyment - mimo wszystko nie powinnam Was zanudzić swoimi wyborami. Na wszelki wypadek są też ciekawostki z innych sklepów.

Kufererk Natury - Orientana, Couleur Caramel Backstage tusz

Kuferek Natury


Jako że tusz So Bio oficjalnie zakończył swój marny żywot, nadeszła pora na kolejny produkt polecany przez tuszowego specjalistę - Agnieszkę (Ekodystryk). Fascynację opakowaniami Couleur Caramel przeżywałam już w momencie gdy trafiła do mnie paletka do brwii, ale kto mógłby mi zabronić przeżywania tej radości raz jeszcze? Tekturowe, pięknie zdobione, naturalne.. straszliwie cieszą oczy.

Pierwsze próby używania tuszu były ciężkawe. Jakoś bardziej opornie korzysta mi się ze szczoteczek w takim kształcie i takiego gatunku. Ponadto początkowo tusz był bardziej wodnisty (to chyba jest pewnego rodzaju standardem, no chyba że mówimy o So Bio). Ale z czasem chyba już się trochę obyłam, idzie coraz lepiej, a efekt jest rzeczywiście boski!

Do kompletu zgarnęłam Hydrokurację z szafranem Orientany w ramach dalszego poznawania marki. I choć miałam już styczność z siedmioma produktami to i tak nie mam jakiegoś kształtego obrazu tego producenta. Każdy produkt wydaje mi się diametralnie inny. A zapachy to już w ogóle kosmos.

Iherb zakupy z darmową dostawą pocztą polską

Iherb


Prawdę mówiąc to jeszcze marcowe zamówienie. Ale tradycyjnie z opcją dostawy pod tytułem: za darmo, tj przyjdzie abo nie przyjdze, a jak przyjdzie to po miesiącu i i tak Pani będziesz musiała ruszyć tyłek na pocztę.

Jakież było moje zdziwienie jak okazało się, że tym razem paczka czeka na mnie.. u sąsiada. Tak czy inaczej, wbrew pozorom, bardzo polecam ten wybór jeśli myślicie o Iherbowych zakupach. Uzasadnienie nieco poniżej.

Co do samych zakupów: czekoladowa maseczka polecana przez Anulę jest absolutnie super. Coś dobrego dla skóry, a dla mnie sama przyjemność z użytkowania. Każdorazowo powstrzymuję się przed jej zjedzeniem więc na ten moment zapewniam wyłącznie, że pachnie i wygląda jak czekolada ;)

Dezodorant Zion jest dla mojego meżczyzny, ale gwoli testów dorwałam się do niego pierwsza. Nie bardzo potrafiłam się powstrzymać, bo zapach jest genialny. Działa aż nadto dobrze, a zapach utrzymuje się.. nawet po prysznicu. Więc z czasem potrafi zamęczyć na śmierć. Takie moje zdanie. Ale z drugiej strony - uwaga - narzekań brak (!).

Herbatka to taka dziwna wersja Yogi Tea. Nawet w smaku nie przypomina typowych Yogi. Jest słodka, bez żadnej charakterystycznej nutki pikantnej. Wciąż nie wiem czy to podróbka czy takie wersje panują w Stanach, ale nie byłam w stanie oprzeć się połączeniu wanilii i orzecha laskowego. 

Kontigo - kremy do rąk Biolove

Kontigo


Tu chyba nie ma co zanadto się rozwodzić. Promocje Kontigo każdy zna, większość z Was pewnie również korzystała. Z powodzeniem lub bez, bo z Kontigo to nigdy nie wiadomo. 

Kremy Biolove mają jednak, moim zdaniem, zupełnie optymalne - wystarczająco odżywcze dla moich dłoni, o pięknych zapachach i śmiesznie niskiej cenie. Takie zakupowe powtórki mogą się więc tu jeszcze pojawić ;)

A kto nie próbował to polecam sprawdzić.

Biorganic24 - Lavera, Mohani

Biorganic


Czyli ratunek w sytuacjach, gdy coś się skończy, a ja nie ogarniam. Dzięki temu miejscu zapomniałam co to Rossman. Nie żebym była jakąś wierną fanką, ale po Alterrę czasem zaszłam przy okazji. 

Biorganic jest po stokroć fajniejsze, bo zamiast szukać jednej biednej marki w przepastnej drogerii - przebieram w kilku, najciekawszych na ten moment opcjach. I fajne próbki podkradam też. Póki mnie nikt po łapach nie bije :D

Iherb suplementy zamówienie kurierem

Iherb - suple


No i właśnie - powyższe zamówienie to już zakupy kwietniowe z opcją dostawy kurierem. Iherb z supli słynie, ale ja zawsze byłam zbyt łasa na kosmetyki, by zainteresować się jakimikolwiek wzmiankami na ten temat.

Jednym z powodów, dla których tym razem postawiłam na kuriera był fakt, że w zasadzie nie bardzo chciałam, żeby te rzeczy miesiąc tułały się po dziwnych miejscach. To jednak wszystko żywnościowe jest. No i zapłaciłam za tę przyjemność. 30zł przed i 25zł po. Tak gdyby kogoś kiedyś jednak podkusiło - kurierzy żywcem zdzierają za przesyłki z Iherb.

Ale tak z milszych rzeczy to Spirulinowy shake bardzo polecam. Przynajmniej mi bardzo smakuje. W sumie nikomu innemu chyba nie.. ale to dlatego, że oni czystej spiruliny nigdy nawet nie wąchali. W tym wykonaniu jest naprawdę smaczna.

Dr Oganic Organic Coconut krem na noc

Paczuszka od Gosi (Krytyk Kosmetyczny)


A teraz czas na rzeczy najprzyjemniejsze z najprzyjemniejszych, bo dostane od dwóch fajnych kobitek :D 

Jakiś czas temu Gosia (Krytyk Kosmetyczny) organizowała na swoim instagramie konkurs, w którym do zgarnięcia były trzy różne kremiki Dr Organic. Agnieszka - która jak się zaweźmie to wszystko wygra -  pogardziła Kokoskiem i.. dzięki werdyktowi Gosi trafił w moje ręce. 

I nawet gdybym miała wybór (:D) to okazuje się, że lepiej wybrać bym nie mogła, bo wersja kokosowa jest bardzo odżywcza (tak, nawet dla mnie bardzo) i bosko pachnie. Oczywiście i tak starym zwyczajem używam go również na dzień i jestem na ten moment bardzo zadowolona. Jak wyjdę z fascynacji zapachem to i recenzja na pewno się pojawi. Tak żeby było nieco bardziej obiektywnie.


Gwoli wypełniaczy Gosia dorzuciła kilka próbek :D 

Do serum Orientany z Neem i Tulsi dorwałam się od razu więc już nawet jest w denku. Pozostałe ciekawostki również w większości poszły w ruch. W zasadzie przekrój tych produktów jest tak bogaty, że mogłabym na jakiś czas odstawić wszystkie własne kosmetyki.

Na ten moment powiem tylko, że świetny jest na przykład krem do stóp Zielonego Laboratorium (w życiu nie wpadłabym na to, żeby się nim zainteresować), mam też kolejną rzecz z lubianej już przeze mnie serii z witaminą C od Avalon - krem pod oczy, ciekawostkę w postaci toniku z kwasem migdałowym, peeling do ust od Naturativ ii.. kilka innych cudeniek.

Gosiu! Pięknie dziękować raz jeszcze ❤

Vianek, przeciwzmarszczkowy eliksir z witaminą C

Vianek 


A ze wszelkimi Viankami, Sylvecami i Biolavenami jestem na bakier. W zasadzie nie jestem nawet pewna dlaczego. Całkiem możliwe, że to wyłącznie przez głupawe podejście z cyklu na opak. Być może jest tego wszędzie za dużo, wszyscy używają więc ja nie będę. No głupie myślenie, ale co poradzisz skoro głęboko się zakotwiczyło.

Poza tym wszystkie te produkty wydają mi się po prostu przeciętne (to już na podstawie próbek, a nie wyimaginowanych niechęci), a jak mi się już raz coś spodobało - czyt pomadka peelingująca pachnąca migdałami -  to mi to pozmieniali.

Jednak gdybym miała wybrać jedną rzecz z całego asortymentu tych marek.. w zasadzie całkiem prawdopodobnym jest, że postawiłabym właśnie na coś co nazywa się Eliksir. Choćby dla sprawdzenia samej formuły. A że witaminę C zawsze chętnie witam w swojej pielęgnacji (no chyba że jest to serum z 23% stężeniem The Ordinary) - ten produkt Vianka jest prawdopodobnie najlepszym wyborem z możliwych. Dorwałam się oczywiście bez zbędnego namysłu. Szczegóły wkrótce ;)


To teraz opowiadajcie - coś znacie, lubicie?

maja 01, 2018

Kwietniowe denko!

Kwietniowe denko!

W tym miesiącu denko miało być tak małe, że zastanawiałam się czy nie pominąć tej kwestii milczeniem. Z czasem jednak dziwnym trafem nieco się rozrosło. I oto jest. 

Comiesięczny rachunek sumienia, który - mam wrażenie - chyba nawet lubicie ;)


Lilla Mai, Krem z filtrem UV


Za zużywanie tego małego cudeńka wzięłam się porządnie dopiero dwa miesiące temu. Do tej pory kremik służył mi głównie w momentach rozdrażenia skóry, jako że najlepiej pełnił u mnie właśnie funkcję łagodzącą. Takie produkty chomikuję najchętniej. Żeby w najgorszych momentach mieć pewność, że mam w zanadrzu coś, co poratuje.

Jednak kwietniowa data ważności zmusiła mnie do znalezienia również innych funkcji dla kremu. Okazuje się, że dość dobrze sprawuje się na przykład jako produkt do demakijażu ;)

Nieczęsto mam okazję sprawdzić jak kosmetyk zachowuje się przy końcu swojego terminu ważności, ale w tym przypadku nie mam żadnych zarzutów - do końca sprawdzał się godnie. W przeciwieństwie na przykład do różanego Make Me Bio, który do końca określonej daty nie wytrzymał.


Lush, tonik Breath of Fresh Air


Ostatni rodzynek z zeszłorocznego wypadu do Lusha w Pradze. Również zachomikowany i używany z wielką oszczędnością. Latem sprawdzał się cudownie do odświeżania cery w ciągu dnia - piękny zapach z nutami paczuli i rozmarynu dodatkowo umilał każdorazowe używanie. Wspominałam o tym zresztą w recenzji dłuuższy czas temu.

W okresie jesiennym/ zimowym używałam go już tylko w sytuacjach gdy skóra twarzy lub głowy potrzebowała ukojenia. Tak - świetnie sprawdzał się również jako tonik do włosów choć w tym przypadku oczywiście wydajność spada. 

Bardzo polecam dorwać, choć nie jest to łatwe. Sama bardzo chętnie kupię go ponownie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Bo to nie jest zwykły tonik aloesowy. To cudo dodatkowo przepięknie pachnie i jest wzbogacone kilkoma ekstraktami, które działają w symbiozie z aloesem wzmacniając jego działanie.


Benecos - żele pod prysznic


Pozwólcie mi się powtórzyć po raz setny: marka Benecos jest cf, większość produktów jest wegańska (o ile nie wszystkie), składy są świetne, a ceny bardzo przystępne. Wydaje mi się bardzo niedoceniana. Nawet w środowiskach związanych z kosmetykami naturalnymi. Bardzo niesłusznie!

Żel z granatem i różą to kolejny produkt, który utwierdza mnie w powyższych przekonaniach. Pomijam już fakt, że pachnie ślicznie i godnie sprawuje swoją podstawową funkcję (tak apropo ostatnich żeli Biolove, które jednak pod tym względem bywają kaprawe).

To co mnie najbardziej urzekło to fakt, że żel jest realnie łagodny dla skóry. Mimo obecności Sodium Coco-Sulfate (który teoretycznie wcale jakiś super-łagodny nie jest) skład wydaje się być perfekcyjnie zbalansowany, bo po pierwsze - nie odczuwam nadmiernej suchości skóry, a po drugie - chyba pierwszy raz w życiu nie mam kłopotów z reakcjami alergicznymi / podrażnieniami (cokolwiek to było) po wyjściu spod prysznica.

Jeśli chodzi o wersję męską: moim zdaniem sprawdza się tak samo dobrze jak Granat i Róża z tą różnicą, że pachnie świeżym rozmarynem. Mój mężczyzna jednak ograniczył się wyłącznie to trzech zdań:
Marika.. to się nie pieni. To chyba nie myje. Kiedy będę mógł wrócić do Nivea?
-.-

Więc można i tak. Ale najlepiej sprawdzić na sobie ;) 


Nanga - Indygo


No i wpadłam znów w hennowanie. O czym pewnie wkrótce w osobnym poście, bo tym razem tworzę własne śmierdzące mieszanki zamiast gotowców.

Indygo oznacza jednocześnie oficjalne pożegnanie z wszelkimi kombinacjami kolorystycznymi wymagającymi rozjaśniania włosów. Ostatecznie jednak stwierdziłam, że i tak zawsze wracam do ciemnego brązu więc może warto zainwestować ten czas i pieniądze w jednoczesne budowanie upragnionej od lat objętości włosów. 

Tym samym wszystkich zainteresowanych odsyłam na bloga Miksologia, gdzie znajdziecie ratujące życie porady i wskazówki jak w ogóle zacząć bawić się w te tematy. 


So Bio, Tusz do rzęs


Co tu dużo mówić - miał już swoją recenzję, moje odczucia pozostają takie same. Mimo świetnego efektu jaki dawał na początku użytkowania nie mogę być zadowolona z osypującej się konsystencji, która pod koniec stała się kwestią nie do przejścia. 

So Bio jest w stanie godnie zastąpić tusze drogeryjne jednak fakt, że trzeba trafić na dobrą partię, by móc bez nerwów korzystać z jego potencjału.. jest odrobinę irytujący.

Całkiem możliwe, że kiedyś zrobię kolejne podejście jednak na ten moment będę raczej stawiać na bardziej pewne opcje.


Lavera, mydło z oczarem i nagietkiem


O ile krem do rąk z tej serii zawiódł mnie straszliwie pogarszając stan dłoni, tak mydło i pasta do zębów Basis są jak najbardziej godne polecenia. 

Nie powiem niestety, że Laverowe mydło magicznie zmiejsza poczucie suchości dłoni po umyciu. Nie trafiłam jeszcze na takowe (albo jestem psychicznie uzależniona od kremów do rąk i nic tego nie zmieni). Ale mimo alkoholu nie przesusza tragicznie, nie podrażnia ani nie pogarsza stanu dłoni, nawet gdy znajdują się w kiepskiej sytuacji życiowej.

Po prostu je lubię. I nawet kupiłam już kolejne. Jest dobrej jakości, przyjemnie i naturalnie pachnie, a i cena jest w porządku. Nic więcej mi nie trzeba.


Próbeczki: Orientana & Alkemie


Na peeling z papają i żeń-szeniem czaiłam się już długo. Pierwszy raz czytałam o nim u Magdy i wywarł na mnie wtedy dość dobre wrażenie. Zgadzam się odnośnie przyjemnego zapachu - kremowego z nutką owoców, aplikacja też jest całkiem przyjemna. 

Jednak w przypadku peelingu do twarzy mam chyba nieco inne wymagania. Albo zielony Acure za bardzo mnie rozbestwił. Orientana jest zbyt delikatna, a kremowa konsystencja sprawia, że raczej nie mam emocjonalnej satysfakcji z oczyszczenia skóry twarzy. Coś tam wygładza, coś tam nawilża, ale bez efektu wow, który sprawiłby, że chciałabym pełny słoiczek. 


Próbeczkę serum z Neem i Tulsi dostałam od Gosi (insta -> Krytyk Kosmetyczny). W pierwszym odruchu (chyba w związku z sympatią do ajurwedyjskich ziół) zachwycił mnie konsystencją i zapachem. Z czasem zaczęłam się zostanawiać co to za zapach i to był mój błąd. Bo to taki trochę płyn do naczyń. Ładny, przyjemny płyn.. ale jednak do naczyń.  

Nie zdążyłam porządnie wyrobić sobie zdania odnośnie działania serum, ale konsystencja mi odpowiada, skład daje fajne perspektywy więc całkiem możliwe, że kiedyś po nie sięgnę. Jednak raczej nie jest to nagląca potrzeba posiadania.


Zupełnie inaczej ma się sprawa z kremem pod oczy Alkemie - Better than Botox, którgo próbeczkę dostałam od Anuli. Początkowo miałam wrażenie, że konsystencja jest zbyt treściwa i że nie służy okolicy oczu. Jednak poza jakimś jednym epizodem nic złego jej się nie działo więc krem został oczyszczony z zarzutów. 

Ubóstwiam efekt, który daje rano moim oczom. Po prostu je otwiera choćbym miała za sobą najcięższą noc w życiu. Nie wiem czy to się liczy jako lifting, ale mnie całkowicie satysfakcjonuje - zmniejsza opuchliznę w trybie ekspresowym, a jednocześnie dba o pielęgnację skóry. Definitywnie chcę! Jak tylko wykończę niesamowicie wydajny 100% Pure..


Próbeczki: Martina Gebhardt


Gdybym miała w jednym zdaniu ująć swoją opinię odnośnie obu produktów, ograniczyłabym się do stwierdzenia, że są bogate, mocno odżywcze i bardzo wydajne.

Krem z żeń-szeniem teoretycznie zalecany jest na noc jednak osobiście nie widzę przeszkód, by stosować go również w ciągu dnia. Pod względem właściwości odżywczych, a nawet konsystencji i wydajności bardzo przypomina mój wspaniały krem Mayki jednak niestety skład nie jest w pełni wegański. 

Pachnie pięknie, sprawdza się pięknie jednak mając do wyboru równie dobrą pod tym względem opcję - zdecydowanie wolę wersję wegańską. 

Krem pod oczy z awokado zyskał już niejako sławę w blogosferze. Nic zresztą dziwnego, bo sądzę, że jest w stanie poratować skórę nawet w najgorszym stanie. Przesuszoną, nigdy specjalnie nie pielęgnowaną lub po prostu problematyczną. Odżywia godnie, ale też pozostawia świecącą powłoczkę, która dość długo się wchłania. Z tego powodu widzę go wyłącznie w pielęgnacji na noc (a nie jestem pewna czy posiadanie kremu pod oczy na noc i na dzień to nie jest już lekka przesada).


Wsio na ten moment.
Znacie coś z powyższych? :)

kwietnia 21, 2018

Mayka Skincare, Vitamin C Collagen Boost

Mayka Skincare, Vitamin C Collagen Boost
Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost recenzja

Nie lubię kremów. W całym swoim życiu spotkałam raptem kilka, które uważam za godne uwagi. Nie lubię tego uczucia, że moja skóra się dusi pod emolientową warstwą. I tego wrażenia po kilku minutach, że skóra twarzy już najadła się przystawką i prosi o realne pożywienie, tym razem już bez kiepskich żartów. 

Całkiem serio preferuję maksymalnie tłuste oleje i masła, które wchłaniają się wolniej, ale dają mi święty spokój na całą noc lub dzień. Albo mocno nawilżające żele. Albo sera. Wszystko tylko nie kremy. 

Wyjątek stanowią te naprawdę bogate. Realnie odżywcze. Te, których ludzie zwykle używają na noc, bo wchłaniają się wieki. A wyjątkowy wyjątek stanowi krem Mayka.. bo jest całkiem inny niż wszystko co opisałam powyżej ;)

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost opinie blog

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost


Maykowy krem nie przeszkadza skórze swodobnie oddychać, a skład, który możecie podpatrzeć na poniższym zdjęciu daje tak dużą dawkę odżywienia, że nawet najbardziej potrzebująca cera nie będzie grymasić, że jej za mało. 

Jednocześnie nie jest też tak, że krem jest tłuściochem - nie umiem określić tego inaczej niż, że wchłania się idealnie i szybko. A gdyby komuś wciąż było za mało - do tej listy ochów i achów można jeszcze śmiało dodać straszliwie dobrą wydajność. 

Miałam okazję sprawdzić jego potencjał również w momencie mocnego rozdrażnienia skóry i jeśli ktoś miewa tego typu problemy - śmiało polecałabym spróbować.  

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost skład inci

To, co wzbudza mój nawiększy entuzjazm i uwielbienie dla koncepcji składu to sprytne umieszczenie oleju tamanu w kremie. Kiedyś wspominałam Wam, że gdy Calaya zorganizowała plebiscyt na najgorzej pachnący olej - tamanu praktycznie nie miał konkurencji w drodze na piedestał. Zresztą kto używał, ten na pewno pamięta. 

Zatem całkiem możliwym jest, że nie uwierzycie mi, gdy powiem jak bardzo ubóstwiam zapach tego kremu, mimo że tamanu wybija się w nim wyczuwalnie. A jednak olejki ze słodkiej pomarańczy i cytryny stanowią dla niego tak piękną kompozycję, że po skończeniu próbeczki wręcz mi go brakowało, a po otrzymaniu pełnowymiarowego opakowania moje zmysły realnie się ucieszyły. Jest wyjątkowy, uzależniający.. i w życiu nie przyszłoby mi do głowy, by próbować coś takiego stworzyć.

Osobna kwestią jest działanie tamanu. To już pozytywny aspekt jego sławy. Ja uwielbiam go za to, że łagodzi wszelkie zmiany skórne, przyspiesza regenerację i zmiękcza miejscowo przesuszoną skórę. Łącząc te dwa aspekty - rozumiecie już zapewne dlaczego tak bardzo cieszy mnie jego obecność w kremie. I brak konieczności znoszenia jego zapachu solo ;)

Mayka Skincare, krem do twarzy Vitamin C Collagen Boost opinie recenzja

Jeśli chodzi o pozostałe dobrocie i funkcje kremu.. przy okazji postu o truskawkowym serum Mayki (z którym swoją drogą krem działa w pięknej symbiozie) mówiłam o podejściu autorki do wód kwiatowych. Bazą w tym konkretnym przypadku jest hydrolat z kwiatu pomarańczy.

Zgodnie z obietnicą z opakowania w składzie jest też witamina C i wegański kolagen z białego łubinu (!). Obie rzeczy cieszą, bo w związku z moimi niedawnymi rozważaniami odnośnie antyoksydantów i innych wspieraczy kolagenów: starość nie radość, im później zagości na skórze tym wszystkie szczęśliwsze zapewne będziemy ;)

Nawilżaczy są trzy rodzaje: kwas hialuronowy, gliceryna i pantenol, a i olejów skóra ma kilka do wyboru: niezwykle cenny olej z dzikiej róży, olej z nasion malin, wspomniany wcześniej tamanu i słonecznikowy. I masło shea. Na dokładkę. 


Ja jestem absolutnie zauroczona koncepcją kremu, codziennie sięgam po niego z taką samą radością i na tym etapie nie sądzę, by był w stanie mi się znudzić. A autorkę marki darzę wciąż rosnącym szacunkiem i wręcz zazdraszczam takich pomysłów na produkty!

Teraz czekam na lincz za swoje lizusostwo.
Chyba, że daliście się porwać idei marki i właśnie postanowiliście sprawdzić Maykę na własnej skórze ;)

W tym drugim przypadku kremik dorwiecie tu: Vitamin C Collagen Boost
A wspomniane serum truskawkowe tu: Strawberry Serum with Vit C

Co myślicie? ;)

kwietnia 09, 2018

SO’BiO étic, tusz "z efektem sztucznych rzęs"

SO’BiO étic, tusz "z efektem sztucznych rzęs"
Przyznaję się bez bicia, że na naturalne tusze do rzęs przestawiłam się stosunkowo niedawno. Niestety kolorówka to chyba najbardziej problematyczny temat. Ciężko jest znaleźć coś co trwałością i efektem przypomina produkty drogeryjne i jednocześnie bije je na głowę swoim składem. 

Po mordęgach z tuszem Lusha i mascarze od Alverde zaufałam Agnieszce (Ekodystrykt), która ewidentnie ma jakiś szósty zmysł do wyszukiwania najlepszych opcji wśród wszystkich naturalnych produktów tego typu. So Bio Etic polecała również Anula.


SO’BiO étic, tusz "z efektem sztucznych rzęs"


Zacznijmy może od najbardziej istotnej kwestii - efektów. Efekt sztucznych rzęs brzmi bosko, ale warto mieć na uwadze, że to wyłącznie interpretacja własna Ecco Verde. W realiach codziennego życia nie jest jednak o wiele gorzej. Tusz So Bio daje naprawdę świetny efekt! 

Moje małe oczka gubią się w ogólnie papuśnym ryjku więc rozpaczliwie potrzebują efektu powiększenia - pogrubienia i wydłużenia w jednym. So Bio spełnił pod tym względem wszelkie moje nadzieje. Ponadto efekt, który nadaje utrzymuje się długo i stosunkowo godnie.

Stosunkowo, bo.. no właśnie. Ewidentnie trafiła mi się gorsza partia. Mój tusz od początku miał niecną tendencję do kruszenia i osypywania. Jednak najwyraźniej to wyłącznie moja sztuka, bo dziewczyny nie miały z tym żadnych kłopotów. Nie jest to jednak tragicznie trudne do ogarnięcia, bo wystarczy, że po skończeniu makijażu przetrę skórę pod oczami miękkim pędzlem i problem jest rozwiązany. Ewentualne pojedyncze okruszki osypujące się w ciągu dnia nie rzucają się w oczy tragicznie i nie jest też tak, że nie można się ich pozbyć. 


Wyłącznie pod koniec użytkowania tuszu zaczęłam mieć z nim większe kłopoty. Szczoteczka zbiła się na tyle, że przed każdą aplikacją musiałam odginać jej włoski. Przestała też być tak przyjemnie zaokrąglona, co wcześniej ułatwiało całe makijażowanie oczu. Sama konsystencja jakby się zaschła więc i efekty były znacznie mniej zadowalające. Ale to chyba zrozumiałe - nic nie trwa wiecznie, a tusz miał już swoje lata (miesiące. dokładnie trzy).

Nie przetrwał niestety próby ulewy. Nikt z Was nie chciałby mnie widzieć po styczności ze sroższym deszczem. To był bardzo, bardzo marny widok. 

Podsumowując - zdecydowanie polecam pod względem efektu. Sprawdza się równie dobrze jak drogeryjne tusze, a przy tym daje świadomość, że skład jest bezpieczny i naturalny. Nie polecam jeśli potrzebujecie tuszu, który sprawdzi się w ciężkich warunkach pogodowych, bo z tymi niestety nijak nie współpracuje. Ale w sumie już wiosna, a zaraz lato więc śnieżyce i ulewy są mniej prawdopodobne ;) Co do trefności mojej sztuki.. to już pozostawię bez komentarza, bo to kwestia indywidualna (prywatne nieszczęścia). W przyszłości być może pokuszę się na niego ponownie z nadzieją na - tym razem- normalną wersję z funkcją nie osypywania. 

Taką też miała Agnieszka więc koniecznie sprawdźcie jej wrażenia ☞ Tusz So Bio Etic

Miałyście? Słyszałyście o nim? ;)

marca 31, 2018

Marcowe nowości!

Marcowe nowości!

Tiaa.. przy okazji lutowego postu z tej serii burczałam coś, że może marcowego wydania nie będzie. Nie wyjszło. Ale za to jest nieco inaczej. Ociupinkę. Większość nowostek tego miesiąca pochodzi z zakupów stacjonarnych! ;D

Mogłam przegiąć z ilością pierdółek. Jest opcja, że się pogubicie, bo sama miałam kłopot, by to wszystko zebrać w kupę. Ale i może upatrzycie coś ciekawego! ;)


Lila Róż: Lilla Mai & Eco Lab


Pewnego nieszczęśliwego dnia zostawiono mnie bez pasty do zębów i wyjechano. Wybrałam się więc do jednej z moich awaryjnych drogerii - Lila Róż. Nie znalazłam nic sensownego, a mając w pamięci dobre słowa Chanceleee odnośnie stosowania oleju kokosowego w higienie jamy ustnej.. padło na kokosową pastę do zębów od Lilla Mai.

Tragedia! No nie umiem tego stosować. Mimo naprawdę solidnego samozaparcia, mocnych argumentów za stosowaniem takiego rozwiązania.. nie udało mi się na dłuższą metę stosować oleju kokosowego zamiast pasty. No bo powiedzmy sobie szczerze to nie jest pasta do zębów. W smaku to jest olej i koniec.

Zgarnęłam też zachwalany na grupach krem do rąk- maskę Eco Lab, bo po ostatnich nieudanych eksperymentach kremowych moje dłonie były w naprawdę opłakanym stanie.


Lila Róż: Henna Orientana, Gorzka Czekolada


Przy okazji poszukiwań pasty wpadła mi w oko henna Orientany. Ale chwilę jeszcze walczyłam ze sobą, czy aby na pewno piszę się na powrót do hennowania. 

Perspektywa posiadania grubych i mocnych włosów o pięknej objętości (tak, znów się naczytałam) sprawiła, że powędrowałam do Lila Róż raz jeszcze.

Taka głupawa kwestia odnośnie zakupów stacjonarnych. 


Biorganic ❤


O tych zakupach pisałam już w osobnym poście. I całe szczęście, bo już w ogóle bym się pogubiła z tymi nowościami marca. 

Absolutnym hitem na ten moment jest orzechowe masełko Fresh & Natural, które wącham maniakalnie każdego dnia i jak dziecko cieszę się milutką strukturą pianki. Przepadłam!

Herbatka z kwiatów klitorii też definitywnie jest czymś, co musicie poznać! Po zaparzeniu herbatka jest niebieska i zmienia kolor w zależności od ph - wystarczy dodać cytryny, by stała się różowiutka. Nie dziwię się, że polecana jest nawet na depresję. Daje radochę :D

Zobaczycie ją w poście na insta. Tylko proszę nie szydzić, że ostatnie zdjęcie jest ciemnością. Takie życie, zdarza się, Aneczka! :D


Naturalne Piękno: Orientana & Sylveco


Tonik do włosów Orientany chodził mi po głowie strasznie długo. Wspominałam już, że zamarzyło mi się posiadać gęste i grube włosy? Walka z wiatrakami, wiem. Ale tego typu beznadziejne walki od zawsze chyba leżały w mojej naturze. A nuż kiedyś wygram? :D

Przy okazji zgarnęłam krem pod oczy opornej wobec tego typu produktów siostrze. Miał być lekki, uniwersalny. Ale siostra narzeka. Mama też szału nie widzi. No i dobra. Może rzeczywiście Sylveco nie było najświetniejszym wyborem. Może w sumie nigdy nie jest? Czy ta marka ma coś dobrego w zanadrzu? Albo czy macie krem odpowiedni dla nastolatki? :D 


Orientana: olejek do demakijażu & pianka do mycia twarzy


Tak, to najwyraźniej jest miesiąc pod znakiem Orientany. Nawet się nie spotrzegłam, że to już cztery produkty. Powinno wystarczyć, by wyrobić sobie jakieś zdanie na temat marki. 

Orientana zawsze kojarzyła mi się dobrze. Nie zawsze potrafię uzasadnić takie odczucia i raczej nie jest to coś nad czym panuję więc nie wiem czy ma to jakikolwiek sens :D W każdym razie zarówno ja jak i Wy przekonamy się o tym wkrótce! :D


Herbatki z Elfinki


Kompletnie nie przeszkadza mi fakt, że zima już się skończyła. Herbatki są pyszne i zdrowe. Bo z samych ziół. 

Do Elfinki ostatnio chodzę już tylko po herbatki. Irytują mnie ich przebitki cenowe, ale dla ziółek robię wyjątek. 

Obecnie na tapecie Elderberry & Echinacea oraz Lemon, Ginger & Manuka Honey :)


Biorganic.. znów :D


Wspominałam, że za często jestem w Biorganic? :D Defnitywnie jest tam za dużo rzeczy przyciągających moją uwagę..

W ramach dłuższego weekendu znów zgarnęłam hennę, jako że będę miała czas swobodnie pośmierdzieć sobie glonami. Tym razem jednak mieszankę hennującą mam zamiar stworzyć sama.. :D

Na piernikowe Klareko czaiłam się już od świąt grudniowych. Tak, wiem, że zapach to już w ogóle nie te święta, ale fajny jest, no! :D


Mayka, krem Vitamin C Collagen Boost


Po skończeniu próbki tego cudeńka byłam trochę zdziwiona sama sobą, że krem do twarzy tak bardzo mnie do siebie przekonał. Miałam długi detoks od kremów. Z różnych powodów. Ale ten jest po prostu małym, słodkim mistrzostwem. :)

Kiedy autorka marki zapytała czy chciałabym dorwać jeszcze jakiś produkt Mayki, teraz już w ramach recenzji - wybór był oczywisty. Moje zmysły realnie się ucieszyły znów czując ten zapach :D


Coś wpadło Wam w oko?
A może coś już mieliście? ;)

Copyright © 2016 Le Bleuet Blog , Blogger